
W poniedziałek wróciłem z pieszej pielgrzymki do Częstochowy. Szedłem po raz pierwszy. Może nie było łatwo, ale opłacało się. To, co przeżyłem... brak słów. Jeszcze rok temu, gdyby ktoś mi powiedział, że mam iść na pieszą pielgrzymkę to chyba bym go wyśmiał. Przecież mogę sobie równie dobrze pojechać autem bądź autokarem - brzmiała by moja odpowiedź. Ale jednak Pan Bóg chciał inaczej. Postawił na mojej drodze osobę, która może nie namawiała mnie do tego bym szedł, ale jej opowieści o tych rekolekcjach w drodze jakoś otworzyły me serce i moją wolę na to, by także w nich uczestniczyć. Jednak później okazało się, że w tym samym czasie mam możliwość uczestniczyć w pielgrzymce do Hiszpanii. Zapisałem się nawet na listę. Jednak czułem potrzebę by pójść do Częstochowy. W końcu poprosiłem o wykreślenie mnie z listy uczestników tego wyjazdu. Nie było to łatwe. Ale ojciec duchowny powtarzał mi niejednokrotnie: "Marcin przy każdym wyborze szukaj Pana Boga".
W świat pielgrzyma wprowadził mnie mój brat z roku. Za co jestem mu bardzo wdzięczny. Ważne było dla mnie to, że mam kogoś znajomego, choć oczywiście już od pierwszego dnia miałem bardzo dużo braci i sióstr. I to też było piękne pielgrzymkowe doświadczenie. Zamiast mówić: Dawid,Paweł, Mariusz..., Weronika, Roksana, czy Dorota mogłem powiedzieć Bracie, Siostro!, bo takie przecież jest prawo miłości dane nam od Pana. Co więcej, kocham te osoby! I choć z jednymi znam się dłużej, z nie którymi razem przebywam przez większą część roku, a nie które spotkałem po raz pierwszy, to tak samo wszystkie te osoby kocham.
Bardzo wzruszającym doświadczeniem było dla mnie to, co spotkało mnie na Górce Przeprośnej, gdzie był czas, żeby każdemu z osobna podziękować za to, że po prostu jest i przeprosić za to, co było nie tak. I właśnie tam usłyszałem słowa bardzo proste, szczere, a zarazem chyba najpiękniejsze: dziękuję, że jesteś.
W trakcie rozmów, na które był czas przed wieczornym spoczynkiem, ktoś mi uświadomił też ważną sprawę a mianowicie, żeby nie przykładać wagi do tego, jak kogoś nazywamy. Już Pan Jezus mówił, że "Nie każdy, który Mi mówi: Panie, Panie!, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie." I tak samo jest w życiu codziennym. Bo czy to, że kogoś nazywamy przyjacielem jest równoznaczne z tym, że on nim jest? Nie koniecznie. Dlatego dużo ważniejsze od słów i nazw, są po prostu konkretne gesty, uczynki.
Piękne to uczucie, gdy po 10 dniach trudu możesz uklęknąć przed Matką i oddać Jej intencje, z którymi szedłeś. Ona przecież na swej ręce trzyma Jezusa, więc jakże ich Mu miałaby nie przekazać?! Za ten błogosławiony czas, za kochanych braci i siostry, i za wszystko składam Ci Boże wielkie dzięki!!!
W sposób szczególny na pielgrzymce, a w sumie to już gdy przyjechałem do domu, spodobała mi się piosenka śpiewana w trakcie drogi do tronu Czarnej Madonny, zwłaszcza ostatnia zwrotka:
Pomódl się, Miriam, aby Twój Syn żył we mnie,
pomódl się, by Jezus we mnie żył.
Gdzie Ty jesteś, zstępuje Duch Święty.
Gdzie Ty jesteś, niebo staje się.
Miriam, Tyś jest bramą do nieba.
Moim niebem jest Twój Syn.
Weź mnie, weź mnie, do swego łona,
bym bóstwem Jezusa zajaśniał jak Ty.
Gdybym umarł, Jezus żyłby we mnie.
Gdybym umarł, odpocząłbym.
Przyspiesz, przyspiesz moją śmierć.
Pragnę umrzeć, aby żyć.
Ciężko było by mi pożegnać się z tym światem, ale jednak tylko po śmierci odpocząłbym a Jezus żyłby we mnie. Za każdym razem, gdy pomyślę o swojej śmierci zastanawiam się komu jeszcze za coś nie podziękowałem, kogo nie przeprosiłem. Ale to nie miejsce i czas... A Ciebie - co czytasz ten post - proszę pomódl się, by Jezus we mnie żył.
