"In te Domine speravi non confundar in æternum..."

sobota, 1 stycznia 2011

Anno Domini 2011

I tak rozpoczęliśmy Rok Pański 2011. Doskonała to okazja by podsumować miniony rok. Był to dla mnie bardzo ważny rok. Czekałem przecież by w końcu móc nosić strój duchowny. Od 8 grudnia mam już tą okazję, teraz tylko proszę Boga bym zawsze godnie nosił, i nigdy już na krawat nie zamienił.
Rok 2010 był dla mnie szczególny pod względem relacji z innymi. Przede wszystkim udało mi się zaleczyć rany, które miałem z bratem kursowym. Teraz możemy powiedzieć, że braćmi jesteśmy. I z tego powodu bardzo się cieszę. Próbowałem również nawiązać jakąś relację przyjacielską. I pod tym względem odniosłem sukces. Nie chce o tym, zbyt dużo pisać, ale naprawdę jestem szczęśliwy, że mam Przyjaciela, że jest osoba, z którą zawsze mogę porozmawiać. W Mądrości Syracha, o ile się nie mylę, można przeczytać, że Wierny bowiem przyjaciel potężna obrona, kto go znalazł, skarb znalazł I ja pod tym mogę się całkowicie podpisać!
Ważnym w tym roku wydarzeniem, o czym już pisałem, była dla mnie obecność w Warszawie na Mszy beatyfikacyjnej Księdza Jerzego Popiełuszki. Ogromnie to wydarzenie wpłynęło na moją duchowość. Do pozytywnych chwil i wydarzeń przy tej okazji mogę zaliczyć również pielgrzymki piesze, w których uczestniczyłem, oraz Mszę Trydencką, podczas której po raz pierwszy byłem w asyście.
Wszystkim Wam życzę by w Nowym Roku Pańskim 2011 każdy dzień był błogosławieństwem Bożym dla was, aby przeżywane godziny były radosne!!! Szczęść Wam Boże w Nowym ROKU!!!

piątek, 24 grudnia 2010

Chrystus, Chrystus nam się narodził!

Moi Kochani!
Po raz kolejny będziemy przeżywać pamiątkę narodzin Jezusa Chrystusa, jako Człowieka. Po raz kolejny zasiądziemy do Wieczerzy Wigilijnej z najbliższymi. Po raz kolejny będziemy składać sobie życzenia i wręczać prezenty. Po raz kolejny śpiewać będziemy dobrze znane nam kolędy i pójdziemy na Pasterkę. Ale czy w końcu nowo narodzony Mesjasz znajdzie miejsce w naszym sercu?! Czy w końcu Go przyjmiemy?
Drodzy Czytelnicy, każdej i każdemu z Was życzę, by drzwi Waszego serca były zawsze otwarte dla Boga! Boża Dziecina niech Wam błogosławi w życiu, abyście byli ludźmi szczęśliwymi i radosnymi, bo smutny święty to żaden święty! Życzę zdrowych, spokojnych Świąt Narodzenia Pańskiego! Niech czas świętowania w gronie rodzinnym będzie czasem umacniania więzi i odkrywania Boga.

czwartek, 23 grudnia 2010

Po długiej, bardzo długiej przerwie czas coś napisać, choć parę słów. Przede wszystkim cieszę się, że ktoś w ogóle tu wchodzi i tego bloga czyta, chyba nawet częściej niż jego właściciel;) A zarazem przepraszam, za brak regularnych wpisów.
Ostatnimi czasy wiele się w moim życiu działo. 8 grudnia otrzymałem strój duchowny. Był to dla mnie i jest bardzo ważny moment w formacji ku kapłaństwu. Na pewno teraz jest inaczej. Na zewnątrz jest się już utożsamianym z księdzem. Nie powiem, żebym narzekał z tego powodu, ale czuje ogromną odpowiedzialność jaka na mnie teraz ciąży. Mi osobiście bardzo pomaga sutanna, czy chociażby tylko koloratka w lepszym przeżywaniu formacji. I chciałbym, żeby sprawdziły się słowa, które wielokrotnie usłyszałem przy okazji składania życzeń obłóczynowych: OBY CIĘ POCHOWALI W ORNACIE A NIE W KRAWACIE! Ale to już zależy od Najwyższego.

wtorek, 12 października 2010

Ave Maria!

Ponoć studenci najbardziej lubią dygresje profesora. I muszę potwierdzić, że tak jest. Ostatni wykład a Chrystologii był dla mnie bardzo ważny, odkrywczy a nawet powiem, iż był przełomowy, gdyż po raz pierwszy, ktoś przedstawił mi Maryję z drugiej strony, bardziej ludzkiej.
W naszym społeczeństwie obraz Maryi to obraz Królowej Polski, Hetmanki, Szafarki Łask, Pośredniczki. Notabene użycie ostatnich dwóch tytułów zostało zabronione przez Jana Pawła II, gdyż sprzeciwiają się one doktrynie katolickiej. Tymczasem Maryja jest Matką Jezusa Chrystusa, który jest jedynym pośrednikiem między Bogiem a człowiekiem!
Życie Maryi, misja, którą wyznaczył Jej Bóg, Jej cierpieńnictwo – to są powodu tak wielkiego szacunku i czci, które Kościół Katolicki Jej oddaje. A życie Maryi nie było łatwe! Wyszła za mąż, najprawdopodobniej w wieku 14 lat, za 86 letniego Józefa, pochodzącego z rodu Dawida / dlatego niektórzy śpiewają w kolędzie: „i Józef stary”/. Następnie rodzi Syna w grocie, gdyż niegdzie indziej nie było miejsca. Czas ofiarowania Pana Jezusa w świątyni, gdzie Symeon wygłasza proroctwo: „Twoją duszę miecz przeniknie”. Piękne słowa, jak dla osoby, która jest „błogosławiona między niewiastami.” W szybkim czasie Święta Rodzina – nie mylić z Trójcą Świętą! – musi uciekać do Egiptu. Znamy dobrze ten motyw – Maryja z Dzieciątkiem na osiołku a obok idzie św. Józef. Ale prawda była trochę inna. Musimy pamiętać, że i Pan Jezus i Józef i Maryja to Żydzi! A więc w kulturze semickiej było tak, że mężczyzna się liczył a kobieta była… mniej ważna, dużo mniej ważna. Dlatego najprawdopodobniej to św. Józef trzymał Pana Jezusa i jechał na oślęciu a Maryja szła obok. Feministki więc powinny dziękować chrześcijaństwu za to, że doceniło kobiety!
Gdy Pan Jezus rozpoczął swoją działalność publiczną, wówczas pod Jego adresem były skierowane słowa, które do Maryi na pewno dochodziły: „Przyjaciel celników, grzeszników i z prostytutkami się zadaje”. Notabene - dzisiaj to samo mówi się o księżach. Jakże te słowa musiały Matkę Jezusa boleć. Później była męka i śmierć Pana Jezusa. Ileż to łez Maryja wylała, towarzysząc swojemu Synowi w cierpieniu!
Odkąd Maryja powiedziała Bogu „fiat” cały czas, choć została wyróżniona, była przez Niego doświadczana. Ale właśnie Jej wierność Bogu w każdej sytuacji sprawia, że Kościół Ją tak czci i stawia, jako przykład do naśladowania.

piątek, 1 października 2010

Pierwsze wykłady...

Wraz z pierwszym października pojawiły się i pierwsze wykłady. Trzy miesiąc wakacji wystarczyły, by nabrać nowego zapału do pracy, tym bardziej, gdy gra idzie o taką stawkę! Pierwsze wykłady z nowych przedmiotów , choć w myśl zasady „Lectio prima – lectio nima” – już zdołały mnie zaciekawić. Chyba najbardziej interesujące było dla mnie stwierdzenie Księdza Profesora na Chrystologii, że nie należy mówić: „Boże Narodzenie” ale „Narodzenie Pańskie”. Bo przecież Bóg się nie narodził, Bóg istniał zawsze. I choć Jezus Chrystus „przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się Człowiekiem” to wcześniej, jeszcze przed Wcieleniem, już był na świecie, choć nie posiadał natury ludzkiej! Stwierdzenie „Boże Narodzenie” sugeruje, że Bóg w którymś momencie się narodził, powstał. A jak dobrze wiemy jest to nieprawda! Przynajmniej jeżeli chodzi o wiarę i nauczanie Kościoła Katolickiego.
W historii świata, znane są osoby, które uważały, że Bóg ma granice swojego istnienia. Nietsche w jednej z gazet umieścił taki napis: „Bóg umarł. Nietsche”. Gdy jednak sam autor tego tekstu poniósł śmierć, katolicy w tej samej gazecie napisali: „Nietsche umarł. Bóg”. Bóg był, jest i będzie. Bóg jest Wieczny. Bóg nie ma granic, jest Wszechmocny!
Dlatego uważam, że ludzie, którzy żyją tak, jakby Boga nie było są głupcami. Oczywiście nie chodzi mi tu o tych, którzy nigdy nie słyszeli o Bogu ani o Dobrej Nowinie, lecz mam na myśli osoby, które wiarę w Boga odrzucili.
Owszem, żyjemy dzisiaj w czasach, gdzie Boga się odrzuca. Dlaczego? Bo tak jest najlepiej! Najłatwiej przecież jest żyć według zasady „Róbta co chceta!” Ale każdy człowiek, który choć w części potrafi wykorzystać swoje zdolności rozumowe dojdzie w końcu do wniosku, że jest to dobre tylko na krótką chwilę. Po dłuższym czasie przekona się, że coś jest nie tak, że w pełni nie jestem szczęśliwy, że to jest nie to, na co liczyłem. Tylko Bóg jest nam w stanie zapewnić całkowite szczęście, bo nikt więcej nas nie ukochał, jak On, Bóg, który jest Miłością.
Sam Pan Jezus w dzisiejszej Ewangelii przestrzega, że kto Nim gardzi, gardzi i Tym, który Go posłał. Dlatego zachęcam każdego, żeby postawił sobie bardzo proste pytanie: „Kim dla mnie NN. jest Jezus Chrystus, kim dla mnie jest Bóg?”

środa, 29 września 2010

Ta ostatnia niedziela...

Jutro rozpoczynam nowy rok akademicki. Po 3 miesiącach wakacji wracam wraz z pozostałymi klerykami do naszego Domu Ziarna.
W ostatnią niedzielę miałem po raz pierwszy możliwość służyć do Mszy Świętej Trydenckiej. Było to dla mnie duże przeżycie, jednak nie aż tak bardzo mocne jak się spodziewałem. Jako akolita - trzymałem świece osadzoną na ciężkim, wysokim lichtarzu. Dzień wcześniej odbyła się ponad dwugodzinna próba, gdyż była to Msza z asystą wyższą. Przenajświętsza Ofiara trwała ponad godzinę. I choć nie wszystko mi się podobało, np. to, że kapłan z ministrantami odmawia Glorie, czy Credo sobie a ludzie śpiewają sobie, to jednak człowiek czuje, że uczestniczy w Boskiej Liturgii, gdzie nie ma mowy o pośpiechu, zbyt małym skupieniu, czy znudzeniu.
Po tej Mszy, pojechałem do parafii mojego brata rokowego na odpust. Wszedłem do Kościoła, a raczej do przedsionka na Agnus Dei, później uczestniczyłem w procesji. Po zakończonej Eucharystii dostałem zaproszenie na odpustowy obiad. Muszę się przyznać, że trochę się od tego wymawiałem, gdyż zawsze mnie denerwowało to, gdy podczas odpustu księża pojawiają się na sam koniec Mszy, na procesję a później idą wszyscy na obiad. Jednak z oczywistych względów zmieniłem swoje podejście do tego. Przecież trudno być w dwóch miejscach jednocześnie - tak mogą tylko święci / odsyłam do hagiografii, np. o o. Pio/. Później poszliśmy na festyn parafialny, na którym zmarzłem i zmokłem jak kura, jednak ciepła herbata a w zasadzie gorąca kawa u kolegi zrekompensowała wszystko.

niedziela, 19 września 2010

Jak paciorki różańca...


Zawsze, gdy jestem w swoim kościele parafialnym na Mszy Św., któraś ze starszych Pań odmawia różaniec. Wielu pewnie powiedziałoby, że tak nie może być, że to pozostałość po tym, jak Msza była po łacinie. I trudno nie przyznać tutaj racji. Kiedyś ludzie wszystkiego, co mówi ksiądz, przecież nie rozumieli, bo kto znał łacinę?! Msza była często cicha a wierni po prostu "słuchali" Mszy. Kapłan stał tyłem do wiernych, wykonywał tajemnicze gesty. Tylko głos dzwonka oznajmiał, że teraz dzieje się coś ważnego - wówczas wszyscy klękali, by po chwili zobaczyć, podniesione wysoko nad głowę kapłana, Ciało i Krew Pana Jezusa. Była to chwila, gdy nawet ta pobożna kobieta przestawała odmawiać różaniec. W tej chwili uderzało się w sygnaturkę, zawieszoną na kościelnej wieży, by oznajmić innym, że nastąpiła najważniejsza część Mszy Świętej, że na ołtarzu nie ma już chleba ani wina, ale jest Ciało i Krew Chrystusa!
Od tamtego czasu minęło wiele lat. Ale postępowanie tej Pani jest takie same. Można by powiedzieć, że odmawianie różańca nie jest czynnym uczestnictwem we Mszy Świętej. Co więcej, że nie wolno tego łączyć. Ale przecież to też jest modlitwa, spotkanie z Bogiem. Może i to jest wyjście dla tych, którzy nudzą się na Mszy Św., którzy uważają, że ciągle jest to samo. Niech wezmą w dłoń różaniec i się modlą! Przyznam się, że sam często podczas kazania, kiedy jest ono dla mnie za trudne, wyciągam różaniec i odmawiam "10". Wolę się pomodlić, niż przesiedzieć a co gorsza przespać te 5, czy 10 min.
Dlatego zanim ktoś będzie krytykował panie "klepiące różaniec" na Mszy Św. niech się najpierw sam zastanowi jak w tej Eucharystii uczestniczy. Czy nie myśli o wczorajszym filmie, jutrzejszym egzaminie, o spotkaniu z kolegą, czy o tym, co będzie robił później. Czy stara się by ten czas był spotkaniem z samym Jezusem?