Jutro rozpoczynam nowy rok akademicki. Po 3 miesiącach wakacji wracam wraz z pozostałymi klerykami do naszego Domu Ziarna.
W ostatnią niedzielę miałem po raz pierwszy możliwość służyć do Mszy Świętej Trydenckiej. Było to dla mnie duże przeżycie, jednak nie aż tak bardzo mocne jak się spodziewałem. Jako akolita - trzymałem świece osadzoną na ciężkim, wysokim lichtarzu. Dzień wcześniej odbyła się ponad dwugodzinna próba, gdyż była to Msza z asystą wyższą. Przenajświętsza Ofiara trwała ponad godzinę. I choć nie wszystko mi się podobało, np. to, że kapłan z ministrantami odmawia Glorie, czy Credo sobie a ludzie śpiewają sobie, to jednak człowiek czuje, że uczestniczy w Boskiej Liturgii, gdzie nie ma mowy o pośpiechu, zbyt małym skupieniu, czy znudzeniu.
Po tej Mszy, pojechałem do parafii mojego brata rokowego na odpust. Wszedłem do Kościoła, a raczej do przedsionka na Agnus Dei, później uczestniczyłem w procesji. Po zakończonej Eucharystii dostałem zaproszenie na odpustowy obiad. Muszę się przyznać, że trochę się od tego wymawiałem, gdyż zawsze mnie denerwowało to, gdy podczas odpustu księża pojawiają się na sam koniec Mszy, na procesję a później idą wszyscy na obiad. Jednak z oczywistych względów zmieniłem swoje podejście do tego. Przecież trudno być w dwóch miejscach jednocześnie - tak mogą tylko święci / odsyłam do hagiografii, np. o o. Pio/. Później poszliśmy na festyn parafialny, na którym zmarzłem i zmokłem jak kura, jednak ciepła herbata a w zasadzie gorąca kawa u kolegi zrekompensowała wszystko.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Niech Pan Bóg Błogosławi w nowym roku akademickim...
OdpowiedzUsuńDziękuję bardzo.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam