Moi Kochani!
Po raz kolejny będziemy przeżywać pamiątkę narodzin Jezusa Chrystusa, jako Człowieka. Po raz kolejny zasiądziemy do Wieczerzy Wigilijnej z najbliższymi. Po raz kolejny będziemy składać sobie życzenia i wręczać prezenty. Po raz kolejny śpiewać będziemy dobrze znane nam kolędy i pójdziemy na Pasterkę. Ale czy w końcu nowo narodzony Mesjasz znajdzie miejsce w naszym sercu?! Czy w końcu Go przyjmiemy?
Drodzy Czytelnicy, każdej i każdemu z Was życzę, by drzwi Waszego serca były zawsze otwarte dla Boga! Boża Dziecina niech Wam błogosławi w życiu, abyście byli ludźmi szczęśliwymi i radosnymi, bo smutny święty to żaden święty! Życzę zdrowych, spokojnych Świąt Narodzenia Pańskiego! Niech czas świętowania w gronie rodzinnym będzie czasem umacniania więzi i odkrywania Boga.
piątek, 24 grudnia 2010
czwartek, 23 grudnia 2010
Po długiej, bardzo długiej przerwie czas coś napisać, choć parę słów. Przede wszystkim cieszę się, że ktoś w ogóle tu wchodzi i tego bloga czyta, chyba nawet częściej niż jego właściciel;) A zarazem przepraszam, za brak regularnych wpisów.
Ostatnimi czasy wiele się w moim życiu działo. 8 grudnia otrzymałem strój duchowny. Był to dla mnie i jest bardzo ważny moment w formacji ku kapłaństwu. Na pewno teraz jest inaczej. Na zewnątrz jest się już utożsamianym z księdzem. Nie powiem, żebym narzekał z tego powodu, ale czuje ogromną odpowiedzialność jaka na mnie teraz ciąży. Mi osobiście bardzo pomaga sutanna, czy chociażby tylko koloratka w lepszym przeżywaniu formacji. I chciałbym, żeby sprawdziły się słowa, które wielokrotnie usłyszałem przy okazji składania życzeń obłóczynowych: OBY CIĘ POCHOWALI W ORNACIE A NIE W KRAWACIE! Ale to już zależy od Najwyższego.
Ostatnimi czasy wiele się w moim życiu działo. 8 grudnia otrzymałem strój duchowny. Był to dla mnie i jest bardzo ważny moment w formacji ku kapłaństwu. Na pewno teraz jest inaczej. Na zewnątrz jest się już utożsamianym z księdzem. Nie powiem, żebym narzekał z tego powodu, ale czuje ogromną odpowiedzialność jaka na mnie teraz ciąży. Mi osobiście bardzo pomaga sutanna, czy chociażby tylko koloratka w lepszym przeżywaniu formacji. I chciałbym, żeby sprawdziły się słowa, które wielokrotnie usłyszałem przy okazji składania życzeń obłóczynowych: OBY CIĘ POCHOWALI W ORNACIE A NIE W KRAWACIE! Ale to już zależy od Najwyższego.
wtorek, 12 października 2010
Ave Maria!
Ponoć studenci najbardziej lubią dygresje profesora. I muszę potwierdzić, że tak jest. Ostatni wykład a Chrystologii był dla mnie bardzo ważny, odkrywczy a nawet powiem, iż był przełomowy, gdyż po raz pierwszy, ktoś przedstawił mi Maryję z drugiej strony, bardziej ludzkiej.
W naszym społeczeństwie obraz Maryi to obraz Królowej Polski, Hetmanki, Szafarki Łask, Pośredniczki. Notabene użycie ostatnich dwóch tytułów zostało zabronione przez Jana Pawła II, gdyż sprzeciwiają się one doktrynie katolickiej. Tymczasem Maryja jest Matką Jezusa Chrystusa, który jest jedynym pośrednikiem między Bogiem a człowiekiem!
Życie Maryi, misja, którą wyznaczył Jej Bóg, Jej cierpieńnictwo – to są powodu tak wielkiego szacunku i czci, które Kościół Katolicki Jej oddaje. A życie Maryi nie było łatwe! Wyszła za mąż, najprawdopodobniej w wieku 14 lat, za 86 letniego Józefa, pochodzącego z rodu Dawida / dlatego niektórzy śpiewają w kolędzie: „i Józef stary”/. Następnie rodzi Syna w grocie, gdyż niegdzie indziej nie było miejsca. Czas ofiarowania Pana Jezusa w świątyni, gdzie Symeon wygłasza proroctwo: „Twoją duszę miecz przeniknie”. Piękne słowa, jak dla osoby, która jest „błogosławiona między niewiastami.” W szybkim czasie Święta Rodzina – nie mylić z Trójcą Świętą! – musi uciekać do Egiptu. Znamy dobrze ten motyw – Maryja z Dzieciątkiem na osiołku a obok idzie św. Józef. Ale prawda była trochę inna. Musimy pamiętać, że i Pan Jezus i Józef i Maryja to Żydzi! A więc w kulturze semickiej było tak, że mężczyzna się liczył a kobieta była… mniej ważna, dużo mniej ważna. Dlatego najprawdopodobniej to św. Józef trzymał Pana Jezusa i jechał na oślęciu a Maryja szła obok. Feministki więc powinny dziękować chrześcijaństwu za to, że doceniło kobiety!
Gdy Pan Jezus rozpoczął swoją działalność publiczną, wówczas pod Jego adresem były skierowane słowa, które do Maryi na pewno dochodziły: „Przyjaciel celników, grzeszników i z prostytutkami się zadaje”. Notabene - dzisiaj to samo mówi się o księżach. Jakże te słowa musiały Matkę Jezusa boleć. Później była męka i śmierć Pana Jezusa. Ileż to łez Maryja wylała, towarzysząc swojemu Synowi w cierpieniu!
Odkąd Maryja powiedziała Bogu „fiat” cały czas, choć została wyróżniona, była przez Niego doświadczana. Ale właśnie Jej wierność Bogu w każdej sytuacji sprawia, że Kościół Ją tak czci i stawia, jako przykład do naśladowania.
W naszym społeczeństwie obraz Maryi to obraz Królowej Polski, Hetmanki, Szafarki Łask, Pośredniczki. Notabene użycie ostatnich dwóch tytułów zostało zabronione przez Jana Pawła II, gdyż sprzeciwiają się one doktrynie katolickiej. Tymczasem Maryja jest Matką Jezusa Chrystusa, który jest jedynym pośrednikiem między Bogiem a człowiekiem!
Życie Maryi, misja, którą wyznaczył Jej Bóg, Jej cierpieńnictwo – to są powodu tak wielkiego szacunku i czci, które Kościół Katolicki Jej oddaje. A życie Maryi nie było łatwe! Wyszła za mąż, najprawdopodobniej w wieku 14 lat, za 86 letniego Józefa, pochodzącego z rodu Dawida / dlatego niektórzy śpiewają w kolędzie: „i Józef stary”/. Następnie rodzi Syna w grocie, gdyż niegdzie indziej nie było miejsca. Czas ofiarowania Pana Jezusa w świątyni, gdzie Symeon wygłasza proroctwo: „Twoją duszę miecz przeniknie”. Piękne słowa, jak dla osoby, która jest „błogosławiona między niewiastami.” W szybkim czasie Święta Rodzina – nie mylić z Trójcą Świętą! – musi uciekać do Egiptu. Znamy dobrze ten motyw – Maryja z Dzieciątkiem na osiołku a obok idzie św. Józef. Ale prawda była trochę inna. Musimy pamiętać, że i Pan Jezus i Józef i Maryja to Żydzi! A więc w kulturze semickiej było tak, że mężczyzna się liczył a kobieta była… mniej ważna, dużo mniej ważna. Dlatego najprawdopodobniej to św. Józef trzymał Pana Jezusa i jechał na oślęciu a Maryja szła obok. Feministki więc powinny dziękować chrześcijaństwu za to, że doceniło kobiety!
Gdy Pan Jezus rozpoczął swoją działalność publiczną, wówczas pod Jego adresem były skierowane słowa, które do Maryi na pewno dochodziły: „Przyjaciel celników, grzeszników i z prostytutkami się zadaje”. Notabene - dzisiaj to samo mówi się o księżach. Jakże te słowa musiały Matkę Jezusa boleć. Później była męka i śmierć Pana Jezusa. Ileż to łez Maryja wylała, towarzysząc swojemu Synowi w cierpieniu!
Odkąd Maryja powiedziała Bogu „fiat” cały czas, choć została wyróżniona, była przez Niego doświadczana. Ale właśnie Jej wierność Bogu w każdej sytuacji sprawia, że Kościół Ją tak czci i stawia, jako przykład do naśladowania.
piątek, 1 października 2010
Pierwsze wykłady...
Wraz z pierwszym października pojawiły się i pierwsze wykłady. Trzy miesiąc wakacji wystarczyły, by nabrać nowego zapału do pracy, tym bardziej, gdy gra idzie o taką stawkę! Pierwsze wykłady z nowych przedmiotów , choć w myśl zasady „Lectio prima – lectio nima” – już zdołały mnie zaciekawić. Chyba najbardziej interesujące było dla mnie stwierdzenie Księdza Profesora na Chrystologii, że nie należy mówić: „Boże Narodzenie” ale „Narodzenie Pańskie”. Bo przecież Bóg się nie narodził, Bóg istniał zawsze. I choć Jezus Chrystus „przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się Człowiekiem” to wcześniej, jeszcze przed Wcieleniem, już był na świecie, choć nie posiadał natury ludzkiej! Stwierdzenie „Boże Narodzenie” sugeruje, że Bóg w którymś momencie się narodził, powstał. A jak dobrze wiemy jest to nieprawda! Przynajmniej jeżeli chodzi o wiarę i nauczanie Kościoła Katolickiego.
W historii świata, znane są osoby, które uważały, że Bóg ma granice swojego istnienia. Nietsche w jednej z gazet umieścił taki napis: „Bóg umarł. Nietsche”. Gdy jednak sam autor tego tekstu poniósł śmierć, katolicy w tej samej gazecie napisali: „Nietsche umarł. Bóg”. Bóg był, jest i będzie. Bóg jest Wieczny. Bóg nie ma granic, jest Wszechmocny!
Dlatego uważam, że ludzie, którzy żyją tak, jakby Boga nie było są głupcami. Oczywiście nie chodzi mi tu o tych, którzy nigdy nie słyszeli o Bogu ani o Dobrej Nowinie, lecz mam na myśli osoby, które wiarę w Boga odrzucili.
Owszem, żyjemy dzisiaj w czasach, gdzie Boga się odrzuca. Dlaczego? Bo tak jest najlepiej! Najłatwiej przecież jest żyć według zasady „Róbta co chceta!” Ale każdy człowiek, który choć w części potrafi wykorzystać swoje zdolności rozumowe dojdzie w końcu do wniosku, że jest to dobre tylko na krótką chwilę. Po dłuższym czasie przekona się, że coś jest nie tak, że w pełni nie jestem szczęśliwy, że to jest nie to, na co liczyłem. Tylko Bóg jest nam w stanie zapewnić całkowite szczęście, bo nikt więcej nas nie ukochał, jak On, Bóg, który jest Miłością.
Sam Pan Jezus w dzisiejszej Ewangelii przestrzega, że kto Nim gardzi, gardzi i Tym, który Go posłał. Dlatego zachęcam każdego, żeby postawił sobie bardzo proste pytanie: „Kim dla mnie NN. jest Jezus Chrystus, kim dla mnie jest Bóg?”
W historii świata, znane są osoby, które uważały, że Bóg ma granice swojego istnienia. Nietsche w jednej z gazet umieścił taki napis: „Bóg umarł. Nietsche”. Gdy jednak sam autor tego tekstu poniósł śmierć, katolicy w tej samej gazecie napisali: „Nietsche umarł. Bóg”. Bóg był, jest i będzie. Bóg jest Wieczny. Bóg nie ma granic, jest Wszechmocny!
Dlatego uważam, że ludzie, którzy żyją tak, jakby Boga nie było są głupcami. Oczywiście nie chodzi mi tu o tych, którzy nigdy nie słyszeli o Bogu ani o Dobrej Nowinie, lecz mam na myśli osoby, które wiarę w Boga odrzucili.
Owszem, żyjemy dzisiaj w czasach, gdzie Boga się odrzuca. Dlaczego? Bo tak jest najlepiej! Najłatwiej przecież jest żyć według zasady „Róbta co chceta!” Ale każdy człowiek, który choć w części potrafi wykorzystać swoje zdolności rozumowe dojdzie w końcu do wniosku, że jest to dobre tylko na krótką chwilę. Po dłuższym czasie przekona się, że coś jest nie tak, że w pełni nie jestem szczęśliwy, że to jest nie to, na co liczyłem. Tylko Bóg jest nam w stanie zapewnić całkowite szczęście, bo nikt więcej nas nie ukochał, jak On, Bóg, który jest Miłością.
Sam Pan Jezus w dzisiejszej Ewangelii przestrzega, że kto Nim gardzi, gardzi i Tym, który Go posłał. Dlatego zachęcam każdego, żeby postawił sobie bardzo proste pytanie: „Kim dla mnie NN. jest Jezus Chrystus, kim dla mnie jest Bóg?”
środa, 29 września 2010
Ta ostatnia niedziela...
Jutro rozpoczynam nowy rok akademicki. Po 3 miesiącach wakacji wracam wraz z pozostałymi klerykami do naszego Domu Ziarna.
W ostatnią niedzielę miałem po raz pierwszy możliwość służyć do Mszy Świętej Trydenckiej. Było to dla mnie duże przeżycie, jednak nie aż tak bardzo mocne jak się spodziewałem. Jako akolita - trzymałem świece osadzoną na ciężkim, wysokim lichtarzu. Dzień wcześniej odbyła się ponad dwugodzinna próba, gdyż była to Msza z asystą wyższą. Przenajświętsza Ofiara trwała ponad godzinę. I choć nie wszystko mi się podobało, np. to, że kapłan z ministrantami odmawia Glorie, czy Credo sobie a ludzie śpiewają sobie, to jednak człowiek czuje, że uczestniczy w Boskiej Liturgii, gdzie nie ma mowy o pośpiechu, zbyt małym skupieniu, czy znudzeniu.
Po tej Mszy, pojechałem do parafii mojego brata rokowego na odpust. Wszedłem do Kościoła, a raczej do przedsionka na Agnus Dei, później uczestniczyłem w procesji. Po zakończonej Eucharystii dostałem zaproszenie na odpustowy obiad. Muszę się przyznać, że trochę się od tego wymawiałem, gdyż zawsze mnie denerwowało to, gdy podczas odpustu księża pojawiają się na sam koniec Mszy, na procesję a później idą wszyscy na obiad. Jednak z oczywistych względów zmieniłem swoje podejście do tego. Przecież trudno być w dwóch miejscach jednocześnie - tak mogą tylko święci / odsyłam do hagiografii, np. o o. Pio/. Później poszliśmy na festyn parafialny, na którym zmarzłem i zmokłem jak kura, jednak ciepła herbata a w zasadzie gorąca kawa u kolegi zrekompensowała wszystko.
W ostatnią niedzielę miałem po raz pierwszy możliwość służyć do Mszy Świętej Trydenckiej. Było to dla mnie duże przeżycie, jednak nie aż tak bardzo mocne jak się spodziewałem. Jako akolita - trzymałem świece osadzoną na ciężkim, wysokim lichtarzu. Dzień wcześniej odbyła się ponad dwugodzinna próba, gdyż była to Msza z asystą wyższą. Przenajświętsza Ofiara trwała ponad godzinę. I choć nie wszystko mi się podobało, np. to, że kapłan z ministrantami odmawia Glorie, czy Credo sobie a ludzie śpiewają sobie, to jednak człowiek czuje, że uczestniczy w Boskiej Liturgii, gdzie nie ma mowy o pośpiechu, zbyt małym skupieniu, czy znudzeniu.
Po tej Mszy, pojechałem do parafii mojego brata rokowego na odpust. Wszedłem do Kościoła, a raczej do przedsionka na Agnus Dei, później uczestniczyłem w procesji. Po zakończonej Eucharystii dostałem zaproszenie na odpustowy obiad. Muszę się przyznać, że trochę się od tego wymawiałem, gdyż zawsze mnie denerwowało to, gdy podczas odpustu księża pojawiają się na sam koniec Mszy, na procesję a później idą wszyscy na obiad. Jednak z oczywistych względów zmieniłem swoje podejście do tego. Przecież trudno być w dwóch miejscach jednocześnie - tak mogą tylko święci / odsyłam do hagiografii, np. o o. Pio/. Później poszliśmy na festyn parafialny, na którym zmarzłem i zmokłem jak kura, jednak ciepła herbata a w zasadzie gorąca kawa u kolegi zrekompensowała wszystko.
niedziela, 19 września 2010
Jak paciorki różańca...

Zawsze, gdy jestem w swoim kościele parafialnym na Mszy Św., któraś ze starszych Pań odmawia różaniec. Wielu pewnie powiedziałoby, że tak nie może być, że to pozostałość po tym, jak Msza była po łacinie. I trudno nie przyznać tutaj racji. Kiedyś ludzie wszystkiego, co mówi ksiądz, przecież nie rozumieli, bo kto znał łacinę?! Msza była często cicha a wierni po prostu "słuchali" Mszy. Kapłan stał tyłem do wiernych, wykonywał tajemnicze gesty. Tylko głos dzwonka oznajmiał, że teraz dzieje się coś ważnego - wówczas wszyscy klękali, by po chwili zobaczyć, podniesione wysoko nad głowę kapłana, Ciało i Krew Pana Jezusa. Była to chwila, gdy nawet ta pobożna kobieta przestawała odmawiać różaniec. W tej chwili uderzało się w sygnaturkę, zawieszoną na kościelnej wieży, by oznajmić innym, że nastąpiła najważniejsza część Mszy Świętej, że na ołtarzu nie ma już chleba ani wina, ale jest Ciało i Krew Chrystusa!
Od tamtego czasu minęło wiele lat. Ale postępowanie tej Pani jest takie same. Można by powiedzieć, że odmawianie różańca nie jest czynnym uczestnictwem we Mszy Świętej. Co więcej, że nie wolno tego łączyć. Ale przecież to też jest modlitwa, spotkanie z Bogiem. Może i to jest wyjście dla tych, którzy nudzą się na Mszy Św., którzy uważają, że ciągle jest to samo. Niech wezmą w dłoń różaniec i się modlą! Przyznam się, że sam często podczas kazania, kiedy jest ono dla mnie za trudne, wyciągam różaniec i odmawiam "10". Wolę się pomodlić, niż przesiedzieć a co gorsza przespać te 5, czy 10 min.
Dlatego zanim ktoś będzie krytykował panie "klepiące różaniec" na Mszy Św. niech się najpierw sam zastanowi jak w tej Eucharystii uczestniczy. Czy nie myśli o wczorajszym filmie, jutrzejszym egzaminie, o spotkaniu z kolegą, czy o tym, co będzie robił później. Czy stara się by ten czas był spotkaniem z samym Jezusem?
niedziela, 12 września 2010
"Wstanę i wrócę do mojego Ojca"

Kto był dzisiaj na Mszy Św., a każdy katolik ma taki ciężki obowiązek, że przynajmniej w niedzielę powinien udać do Kościoła by uczestniczyć w Przenajświętszej Ofierze, słyszał a może nawet śpiewał słowa refrenu psalmu responsoryjnego: "Wstanę i wrócę do mojego Ojca". Co więcej, może niektórzy mieli okazję wysłuchać proklamacji całej Ewangelii przeznaczonej na dzień dzisiejszy, a więc także przypowieści o Synu Marnotrawnym. Nie mógłbym dzisiaj nie napisać czegoś, skoro właśnie syn marnotrawny jest obrany przeze mnie za nieoficjalnego patrona tego bloga;) a przynajmniej jego łacińska nazwa znajduje się w adresie. Nota bene, ostatnio czytając książkę obecnego i naszego Papieża Benedykta XVI pt." Jezus z Nazaretu" dowiedziałem się, że wyżej wspomniana przypowieść jest jeszcze znana pod innymi tytułami: "Przypowieść o dobrym ojcu" lub "Przypowieść o dwu braciach".
"Wstanę i wrócę do mojego Ojca" - nie da się wrócić do Ojca, gdy nie ruszy się z miejsca, gdy nie zrobi się pierwszego kroku, gdy się nie wstanie. To bardzo dobrze widoczne jest przy okazji grzechów. Dopóki tylko chcemy, dopóki mamy tylko dobrą wolę dopóty nie uda nam się jakiegoś grzechu pozbyć. Potrzebny jest ten zryw, krok, ruch w kierunku dobra. Parafrazując słowa piosenki można by powiedzieć: "do nawrócenia jeden krok". Ten krok może wyglądać u każdego inaczej. Jeden wyrzuci gorszące go treści, drugi odważy się i porozmawia z osoba, która go denerwuje a trzeci założy buty, pójdzie do Kościoła i się wyspowiada. Potrzeba jest, by wstać, by wstać i wrócić do Ojca. Ojciec zawsze na nas czeka. On jest Miłosierny, ale i sprawiedliwy. Więc Ty nie czekaj!!! Wstań!
Pozdrawiam
sobota, 11 września 2010
Niech serce Twoje Ojca Świętego....

Za kilka dni Ojciec Święty Benedykt XVI rozpocznie swoją kolejną podróż apostolską. Tym razem uda się do Wielkiej Brytanii. Z różnych powodów będzie to trudna wizyta, dlatego obdarzmy Następce Świętego Piotra swoją modlitewna pamięcią. Możemy posłużyć się słowami modlitwy: "Boże, wszystkich wiernych Pasterzu i Rządco, wejrzyj łaskawie na sługę Twojego Benedykta XVI, któregoś raczył postanowić Pasterzem Kościoła Twego ; daj mu, prosimy, łaskę, aby słowem i przykładem budował tych, którymi rządzi, i mógł razem z powierzoną mu trzodą przejść do żywota wiecznego. Amen
W ogóle zachęcam wszystkich do modlitwy za Benedykta XVI. Bez względu na wszystko, jest On Widzialną Głową Kościoła; Jemu zostały przekazane klucze św. Piotra do kierowania Kościołem Katolickim, dlatego bardzo potrzebna jest Mu również pomoc modlitewna. Proszę zobaczyć, że walka z Kościołem, która przybiera coraz widoczniej na sile, polega również na tym, że próbuje się ośmieszyć Papieża. A co jest napisane w Piśmie Świętym? "Uderzą w pasterza a rozproszą się owce". My sami często traktujemy obecnego Papieża, jak kogoś obcego. Mówimy, że naszym Papieżem był Jan Paweł II. A ten no cóż... Tym czasem Benedykt XVI jest NASZYM PAPIEŻEM! I każdy inny Następca św. Piotra będzie NASZ. On nie został wybrany tak sobie, bo kardynałom tak się podobało. Nie! To Duch Święty Go wybrał, albo mówiąc inaczej kardynałowie za natchnieniem Ducha Św., podczas konklawe, głosowali na kard. Ratzingera. Proszę zauważyć jak właśnie Duch Święty mądrze i pięknie kieruje Kościołem. Gdy był potrzebny Kościołowi ktoś, kto by ewangelizował świat poprzez pielgrzymki do różnych krajów - był Jan Paweł II. Teraz gdy trzeba, aby wypowiadać się stanowczo, by naprawiać i umacniać Kościół od wewnątrz, by zatrzymać tych ludzi, którzy już przynależą do Kościoła - mamy Benedykta XVI. Trzeba nam otworzyć oczy! Krytyka, która na obecnego Papieża spada - ma oczywiście najczęściej podłoże antychrześcijańskie. Bo to, że Papież mówi "nie" antykoncepcji, aborcji, związkom homoseksualnym, rozwodom, czy zniesieniu celibatu - to nie głosi nic nowego. Te prawdy od wieków były obecne w Kościele. Jednak teraz są one bardzo niepopularne, staroświeckie a mówiąc jeszcze inaczej po prostu nie wygodne! I Papież nie głosząc nic nowego, będąc wierny Ewangelii i nauce Kościoła spotyka się z krytyką. Niech więc chociaż nasza modlitwa będzie znakiem łączności i solidarności z Ojcem Świętym.
Chciałbym tu jeszcze wspomnieć o jednej bardzo ważnej rzeczy. Coraz częściej w kabaretach ośmiesza się księży, świętych, czy zwyczaje kościelne. Pamiętam jak kiedyś przedstawiano skecz, gdzie parodiowana Radio Maryja mówiąc o Radiu Zawsze Dziewica. Proszę wybaczyć, ale skoro my śmiejemy się z naszych prawd wiary, z naszej religii, śmiejemy się z samych siebie - to jak tu ma być dobrze?!
czwartek, 12 sierpnia 2010

W poniedziałek wróciłem z pieszej pielgrzymki do Częstochowy. Szedłem po raz pierwszy. Może nie było łatwo, ale opłacało się. To, co przeżyłem... brak słów. Jeszcze rok temu, gdyby ktoś mi powiedział, że mam iść na pieszą pielgrzymkę to chyba bym go wyśmiał. Przecież mogę sobie równie dobrze pojechać autem bądź autokarem - brzmiała by moja odpowiedź. Ale jednak Pan Bóg chciał inaczej. Postawił na mojej drodze osobę, która może nie namawiała mnie do tego bym szedł, ale jej opowieści o tych rekolekcjach w drodze jakoś otworzyły me serce i moją wolę na to, by także w nich uczestniczyć. Jednak później okazało się, że w tym samym czasie mam możliwość uczestniczyć w pielgrzymce do Hiszpanii. Zapisałem się nawet na listę. Jednak czułem potrzebę by pójść do Częstochowy. W końcu poprosiłem o wykreślenie mnie z listy uczestników tego wyjazdu. Nie było to łatwe. Ale ojciec duchowny powtarzał mi niejednokrotnie: "Marcin przy każdym wyborze szukaj Pana Boga".
W świat pielgrzyma wprowadził mnie mój brat z roku. Za co jestem mu bardzo wdzięczny. Ważne było dla mnie to, że mam kogoś znajomego, choć oczywiście już od pierwszego dnia miałem bardzo dużo braci i sióstr. I to też było piękne pielgrzymkowe doświadczenie. Zamiast mówić: Dawid,Paweł, Mariusz..., Weronika, Roksana, czy Dorota mogłem powiedzieć Bracie, Siostro!, bo takie przecież jest prawo miłości dane nam od Pana. Co więcej, kocham te osoby! I choć z jednymi znam się dłużej, z nie którymi razem przebywam przez większą część roku, a nie które spotkałem po raz pierwszy, to tak samo wszystkie te osoby kocham.
Bardzo wzruszającym doświadczeniem było dla mnie to, co spotkało mnie na Górce Przeprośnej, gdzie był czas, żeby każdemu z osobna podziękować za to, że po prostu jest i przeprosić za to, co było nie tak. I właśnie tam usłyszałem słowa bardzo proste, szczere, a zarazem chyba najpiękniejsze: dziękuję, że jesteś.
W trakcie rozmów, na które był czas przed wieczornym spoczynkiem, ktoś mi uświadomił też ważną sprawę a mianowicie, żeby nie przykładać wagi do tego, jak kogoś nazywamy. Już Pan Jezus mówił, że "Nie każdy, który Mi mówi: Panie, Panie!, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie." I tak samo jest w życiu codziennym. Bo czy to, że kogoś nazywamy przyjacielem jest równoznaczne z tym, że on nim jest? Nie koniecznie. Dlatego dużo ważniejsze od słów i nazw, są po prostu konkretne gesty, uczynki.
Piękne to uczucie, gdy po 10 dniach trudu możesz uklęknąć przed Matką i oddać Jej intencje, z którymi szedłeś. Ona przecież na swej ręce trzyma Jezusa, więc jakże ich Mu miałaby nie przekazać?! Za ten błogosławiony czas, za kochanych braci i siostry, i za wszystko składam Ci Boże wielkie dzięki!!!
W sposób szczególny na pielgrzymce, a w sumie to już gdy przyjechałem do domu, spodobała mi się piosenka śpiewana w trakcie drogi do tronu Czarnej Madonny, zwłaszcza ostatnia zwrotka:
Pomódl się, Miriam, aby Twój Syn żył we mnie,
pomódl się, by Jezus we mnie żył.
Gdzie Ty jesteś, zstępuje Duch Święty.
Gdzie Ty jesteś, niebo staje się.
Miriam, Tyś jest bramą do nieba.
Moim niebem jest Twój Syn.
Weź mnie, weź mnie, do swego łona,
bym bóstwem Jezusa zajaśniał jak Ty.
Gdybym umarł, Jezus żyłby we mnie.
Gdybym umarł, odpocząłbym.
Przyspiesz, przyspiesz moją śmierć.
Pragnę umrzeć, aby żyć.
Ciężko było by mi pożegnać się z tym światem, ale jednak tylko po śmierci odpocząłbym a Jezus żyłby we mnie. Za każdym razem, gdy pomyślę o swojej śmierci zastanawiam się komu jeszcze za coś nie podziękowałem, kogo nie przeprosiłem. Ale to nie miejsce i czas... A Ciebie - co czytasz ten post - proszę pomódl się, by Jezus we mnie żył.
czwartek, 29 lipca 2010
"Jestem za"
Już ponad miesiąc wakacji za mną. Miło wspominam ten czas, choć były różne wzloty i upadki. Im bliżej byłem Pana Boga tym było mi łatwiej. Dziękuje Panu Bogu za ten wakacyjny odpoczynek. Udało mi się odbyć rekolekcje ignacjańskie - fundament. Dziękuje również Panu Bogu za spotkania ze znajomymi i przyjaciółmi. Kiedyś Ojciec Duchowny powiedział, że jeżeli zależy komuś na utrzymaniu dobrych relacji, chociażby z braćmi rokowymi, to potrzeba jest, by i w czasie wakacji się spotykać. I to prawda, bo taki czas rozłąki, pokazuje tak naprawdę wszystko - czy ktoś chce z Tobą utrzymywać dobrą więź czy nie. Mi póki co udaje się podtrzymywać dobrą znajomość, która jest dla mnie bardzo ważna, szczególnie jeżeli chodzi o formację. Bo przecież zawsze lepiej, gdy dzięki komuś pniesz się do góry! Cieszy fakt, iż obaj jesteśmy za;)
Pojutrze wychodzę na pielgrzymkę pieszą do Częstochowy. Bardzo ważne jest dla mnie, aby jak najlepiej przeżyć te rekolekcje w drodze. Dlatego bardzo proszę o modlitwę. Jednocześnie zapewniam o pamięci modlitewnej za tych wszystkich, którzy i o mnie pamiętają.
Pojutrze wychodzę na pielgrzymkę pieszą do Częstochowy. Bardzo ważne jest dla mnie, aby jak najlepiej przeżyć te rekolekcje w drodze. Dlatego bardzo proszę o modlitwę. Jednocześnie zapewniam o pamięci modlitewnej za tych wszystkich, którzy i o mnie pamiętają.
czwartek, 24 czerwca 2010
Wakacje
Dzisiaj rozpoczynam wakacje. Przydałoby się podsumować drugi rok, ale zajęło by to za dużo czasu. Więc napisze tylko tyle - Pan Bóg mi pobłogosławił. Jestem radosny i szczęśliwy. Sesja poszła mi dobrze, a nawet lepiej chyba niż bym się spodziewał. Mój kontakt z Panem Bogiem stał się żywy, czuje obecność Najlepszego Przyjaciela. Wiele musiałbym napisać, żeby wyrazić to, co czuje w sercu. Zrozumiałem w końcu, że to, co robię musi być przemodlone tak, by było zgodne z wolą Pana Boga. Jezus jest mym przyjacielem Jezus jest obrońcą mym. I niekiedy boli, kiedy muszę zrezygnować z własnych dążeń, ale widzę, że przynosi to błogosławione owoce.
wtorek, 8 czerwca 2010
Błogosławiony Księże Jerzy - módl się za nami!

"Pokazał nam Ksiądz Jerzy jak mamy żyć i wierzyć , jak siebie innym dać i jak pokonać strach..." - słowa piosenki o Ks. Jerzym ostatnio są mi bardzo bliskie. Miałem okazję być na Mszy beatyfikacyjnej w Warszawie - 6 czerwca i od tej pory czuję się inaczej. Zrozumiałem jak mam żyć i jak mam wierzyć. I choć na początku miałem tego dnia być w innym miejscu, to jednak za radę Ojca Duchownego pojechałem do Warszawy. Ta uroczystość bardzo mnie wewnętrznie podbudowała. Uświadomiłem sobie, że trzeba być bardzo blisko Pana Jezusa, trzeba być odważnym i nie zamykać ust, gdy się dzieje zło, trzeba być blisko ludzi i mieć przyjaciół. Pokochałem tego Błogosławionego Księdza! I czuje się podbudowany wewnętrznie. Ksiądz Jerzy stał się dla mnie wzorem, do którego chciałbym dążyć w kapłaństwie. Ale także wzorem na teraz, gdy jestem klerykiem.
W ostatnim czasie przeżywałem mały kryzys, pojawiły się jakieś wątpliwości, czułem się wewnętrznie rozbity. Ale po tej pielgrzymce, gdzie miałem czas, by pewne rzeczy przemyśleć - wszystko się dobrze ułożyło. Czuje, że Ksiądz Jerzy już mi jakoś pomaga! "Był gotowy na wszystko, bo miał ufność w Panu!" - te słowa stały się dla mnie motywacją i odpowiedzią na to, jaki mam być. Zaufać bezgranicznie Panu to jedyna słuszna droga. Oddać wszystko, oddać siebie w ręce Boga - to zapewni mi szczęście.
Podczas pielgrzymki udało mi się też porozmawiać z pewną osobą, z czego się bardzo cieszę. Za to jestem jej wdzięczny i z serca dziękuję.
Rok II, który dobiega już końca łączy w moim przypadku klamra - we wrześniu udałem się na Eucharystię do Brna, której przewodniczył Ojciec Święty Benedykt XVI - człowiek, od którego można się wiele nauczyć. Teraz miałem okazję być na Mszy beatyfikacyjnej Ks. Jerzego - Kapłana i Męczennika. Dziękuję Panu Bogu za wszystkie łaski, które od Niego w tym czasie otrzymałem.
czwartek, 27 maja 2010
Czas zaliczeń...

Czas szybko leci. Już prawie wszystkie zaliczenia mam za sobą. Od poniedziałku rozpoczyna się sesja:) W końcu będzie trochę wytchnienia. Wczoraj, w Dzień Matki, postanowiłem podpisać roczną abstynencję. O ile jeszcze rok temu wydawała mi się ona absurdem, o tyle teraz wiem ile dobra może mi przynieść. Ktoś powie co to za wyrzeczenie, skoro i tak klerycy pić nie mogą. Owszem, jest zasada, że kleryk nie pije wódki a w czasie, gdy jest w seminarium w ogóle nie pije alkoholu. Ale w życiu bywa różnie. Rok czasu bez alkoholu - cóż to jest?! Nic. Cieszę się, że podjąłem tą abstynencję przed wakacjami. Bo na wakacjach pewnie znalazłoby się dużo "okazji". Łatwiej mi też ją przyjąć, bo mam szczególną intencję, którą chciałbym sobie przez to wyrzeczenie wyprosić.
Czas formacji seminaryjnej uważam, że jest najlepszym czasem do podjęcia abstynencji. Później w kapłaństwie ciężko wyobrazić sobie księdza, który nie napije się nawet wina, czy szampana, choć i tacy są, i takich należy podziwiać.
W ostatnim czasie medytacja Słowa Bożego uświadomiła mi bardzo ważną rzecz, żeby Jezus Chrystus jest moim najlepszym PRZYJACIELEM!!! Czasami pojawia się chęć by szukać przyjaciół nawet na roczniku, tymczasem zrodziło mi się pytanie: po co? Skoro Jemu mogę o wszystkim powiedzieć, On mnie zawsze wysłucha i On mi może pomóc. Oczywiście nie twierdze, że nie warto mieć przyjaciół. Jak mówi Mądrość Syracha: "Prawdziwy przyjaciel potężną obroną, kto go znalazł skarb znalazł". I jest to prawda, którą mogę potwierdzić przez własne doświadczenie. Ale w tym co wcześniej napisałem, chodzi mi o szukanie przyjaciół "na siłę". Próbujemy czasami jakąś osobę zatrzymać tylko dla siebie, otwieramy się przed nią, jesteśmy zazdrośni, gdy rozmawia z osobami trzecimi. Tymczasem to jest skrzywiona przyjaźń. Prawdziwa przyjaźń nie zamyka się na dwoje przyjaciół, ona chce pozyskać jeszcze inne osoby. Przyjaźń zbudowana na Bogu, pragnie jak najwięcej osób wciągnąć w tą unitę Bożej miłości. I ostatnio też miałem taką sytuację, gdzie liczyłem, że może między nami zrodzi się przyjaźń. Jednak Pan Bóg powiedział mi coś innego: "masz Mnie, jako Przyjaciela; nie szukaj na siłę, poczekaj". Muszę przyznać, że bardzo podbudowałem się tym faktem, że Pan Bóg ciągle jest obecny w moim życiu i ciągle posyła mi rozwiązania. Cieszę się, że mogę z Nim rozmawiać podczas Adoracji, i że mogę się Go radzić, bo On jest Drogą i Prawdą i Życiem.
wtorek, 18 maja 2010
Już niedługo coraz bliżej.... SESJA!
Coraz mniej mam czasu wolnego, więc i nie ma kiedy napisać nowego posta. Zaczęły się już zaliczenia, a to chyba najcięższy czas dla studenta, a przy najmniej dla nas w seminarium, gdzie musimy w ciągu 2 tygodni pozaliczać kilkanaście przedmiotów, gdy na sesji, trwającej 3 tygodnie mamy tylko 4 egzaminy. Ale jakoś z Bożą pomocą daję radę. Myślę, że warto podkreślić to, że alumni nie uczą się tylko "odprawiania Mszy" czy rozkładania rąk, bo tak chyba niektórzy myślą. Tymczasem rzeczywistość jest inna. W moim ratio studiorum, czyli w wykazie przedmiotów, dominują przedmioty filozoficzne. Gdyż pierwsze dwa lata w seminarium tej dziedzinie są poświęcone. Tak więc w tym semestrze miałem, np. : historię filozofii i ćwiczenia z niej, metafizykę, filozofię przyrody, religiologię, psychologię, muzykę, patrologię, grekę i łacinę, liturgikę i historię kościoła oraz proseminarium i technologię informatyczną. Póki co teologię ruszaliśmy tylko po łebkach. Do tego dochodzą lektoraty, w moim przypadku włoski i angielski.
I nie jest tak, jak powszechnie się myśli, że ci w seminarium to mają łatwiej. Egzamin to egzamin, nie ważne czy w seminarium, czy na uczelni świeckiej. Gdy trzeba,zostajesz oblany i możesz przyjść na poprawkę. Oczywiście za ściąganie jest się automatycznie usuwanym z seminarium. Reguły zostały podane na początku, każdy z nas regulamin przeczytał i własnoręcznie podpisał. Więc wiemy, czego robić nie wolno.
Nie wiem kiedy następnego posta napiszę. Ale każdego kto by czytał tego posta proszę o modlitwę w mojej intencji, chociaż o jedną "Zdrowaśkę". Modlitwa i wiara potrafi góry przenosić. Oczywiście potrzeba też mojego zaangażowania. Ale jak ktoś powiedział:ten kto zaczął pracę ten zrobił już połowę. Dlatego ja też zabieram się do nauki, bo w piątek mam kolokwium z greki. Pozdrawiam wszystkich. Zostańcie z Bogiem!
I nie jest tak, jak powszechnie się myśli, że ci w seminarium to mają łatwiej. Egzamin to egzamin, nie ważne czy w seminarium, czy na uczelni świeckiej. Gdy trzeba,zostajesz oblany i możesz przyjść na poprawkę. Oczywiście za ściąganie jest się automatycznie usuwanym z seminarium. Reguły zostały podane na początku, każdy z nas regulamin przeczytał i własnoręcznie podpisał. Więc wiemy, czego robić nie wolno.
Nie wiem kiedy następnego posta napiszę. Ale każdego kto by czytał tego posta proszę o modlitwę w mojej intencji, chociaż o jedną "Zdrowaśkę". Modlitwa i wiara potrafi góry przenosić. Oczywiście potrzeba też mojego zaangażowania. Ale jak ktoś powiedział:ten kto zaczął pracę ten zrobił już połowę. Dlatego ja też zabieram się do nauki, bo w piątek mam kolokwium z greki. Pozdrawiam wszystkich. Zostańcie z Bogiem!
piątek, 7 maja 2010
Extra Ecclesiam nulla salus

Dzisiaj napiszę refleksję na kilka tematów luźno z sobą powiązanych. Kiedyś może uda mi się wygospodarować czas, by te tematy omówić bardziej szczegółowo.
Mało osób wie, że ta zasada, sformułowana w III w. przez biskupa Kartaginy - Cypriana, jest nadal aktualna. A ona nadal obowiązuje, możne powiedzieć, że ani jedna jota nie została z tej zasady usunięta. Owszem przez lata była ona źle rozumiana. Bóg chce, żeby wszyscy zostali zbawieni, ale Bóg chce też żeby wszyscy doszli do Prawdy. Bo tylko Prawda może nas wyzwolić! I dzisiaj w czasach ekumenizmu wierzymy, że w różnych kościołach są ziarna prawdy, które łączą cały Kościół Chrystusowy. Bo trzeba powiedzieć, że wszyscy którzy chrzest przyjęli należą do Chrystusowego Kościoła, choć w różnym stopniu. I chociaż w Kościele Katolickim najwięcej jest tej Prawdy, to nie możemy zaprzeczać, że w innych kościołach nie da się zbawić. Pan Bóg własnymi drogami, może indywidualnego człowieka doprowadzić do zbawienia. Wszak Bóg jest Wszechmogący. A co do tej starej zasady, to jeżeli ktoś kto wie, że Kościół Katolicki jest założony przez Chrystusa, że jest w Nim Prawda i mimo to odszedł by z takiego Kościoła, wówczas dla niego aktualna jest zasada, że poza Kościołem nie ma zbawienia, bo porzucenie Kościoła dokonane świadomie jest równoznaczne z wyrzekaniem się zbawienia.
Wielu młodych ludzi mówi także, ze wierzy w Boga, ale nie w Kościół. Tymczasem inna zasada, pochodząca ze starożytności chrześcijańskiej mówi, że "Nie może mieć Boga za Ojca ten, kto nie ma Kościoła za Matkę". Jezus - Bóg i Człowiek - założył Kościół, więc jak można Go odrzucać?! A patrząc się z innej strony - to Kościół pozwala nam lepiej odkrywać Boga, w liturgii, w sakramentach, w Piśmie Świętym. Więc ktoś, kto mówi, że wierzy w Boga a nie wierzy w Kościół jest zagubiony.
Ja dziękuje Bogu za swoją wiarę, za to że mogę przynależeć do Jednego, Świętego, Katolickiego i Apostolskiego Kościoła. I na koniec powiem jedno: nie ma ludzi, którzy nie wierzą. Każdy musi w coś wierzyć. Nawet ateista wierzy - wierzy, że Boga nie ma. A nawet gdy mówi, że Boga nie ma, że Bóg nie istnieje i że jest to udowodnione naukowo - to po prost bredzi. Każda nauka bazuje na doświadczeniu, a Bóg nie jest doświadczalny. Ciekawy jest też problem tego, że nauka jest tak rozwinięta, a nadal za pomocą metod naukowych nie można stworzyć ani człowieka, ani chociażby jajka. Znamy skład chemiczny i człowieka i jajka, a to jednak nie wystarcza by to "stworzyć". Owszem człowiek może się urodzić przy pomocy nauki, np. za pomocą in vitro, ale zauważmy, że i wówczas pobiera się komórki męskie, czy żeńskie. (Plemnika też nikt nie stworzył.)
Dlatego ten, kto mówi, że Boga nie ma niech się zastanowi nad początkiem swojego życia.
czwartek, 29 kwietnia 2010
Nigdy więcej Coca-Coli!

Czas po katastrofie lotniczej z 10 kwietnia, gdzie zginął m.in. Prezydent Lech Kaczyński, ukazał wielką słabość mediów. Pokazał jak media kłamią i jak fałszują rzeczywistość. Pokazał, że większość mediów jest na usługach lewicy = komunistów, którzy chcą zniszczyć Polskę. Bo zobaczmy, że Polska leży między dwoma potęgami – Rosją i Niemcami. I Polska nic nie znaczy dla większości państw i dla Unii Europejskiej! Jest po prostu taki kraj i tyle. Ani to żadne źródło zysków, ani inwestycji, ani przemysłu. Polska jest taką „wycieraczką”, która leży między jednymi a drugimi „drzwiami”.
Dziennikarze ponieśli, przez tą katastrofę kompromitację. Można było zobaczyć, jak selekcjonują materiał. Proszę zauważyć, że przez 5 lat prezydentury Pana Kaczyńskiego media nie pokazywały obrazów, gdzie Pan Prezydent się uśmiecha, gdzie mówi ładne przemówienie bez mlaskania. A nagle po katastrofie można było zobaczyć Pana Prezydenta śmiejącego się, mówiącego ładne przemówienie bez zbędnych odgłosów. Sama Pani Monika Olejnik, która wcześniej jak tylko mogła, tak atakowała Głowę Państwa, po tragicznej śmierci Pana Lecha Kaczyńskiego, wyznała, że lubiła z nim rozmawiać, że był sympatyczny itp. Nie mam już zaufania do mediów, a szczególnie do tych lewackich, finansowanych przez komunistów, do tych które promują różne zboczenia, dewiacje a walczą z Prawdą, walczą z Bogiem i Kościołem, bo im nie wygodny.
Jestem również oburzony na firmę produkującą Coca-Colę, za to, że sponsorowała piosenkę, gdzie dwóch panów śpiewa, co im ślina na język naniesie, piosenkę, choć to pewnie za dużo powiedziane.Piosenka została wyemitowana w programie „Poranny WF Wojewódzki i Figurski“ w radiu Eska Rock. Pod tym linkiem można obejrzeć i posłuchać tej piosenki: http://www.redakcja.newsweek.pl/Video-Film/282,1,Piosenka-wojewodzkiego-i-figurskiego-w-eska-rock---jarek-po-trupach-do-celu Cenię wartości patriotyczne i nie pozwolę, żeby ktoś w tak szczeniacki sposób je obrażał. Dlatego jedyne, co mogę zrobić to nie dać więcej zarabiać tej firmie i tej marce!!! Postanawiam, że od dzisiaj nie kupię, ani nie będę pił Coca-Coli!
niedziela, 25 kwietnia 2010
Niedziela Powołaniowa

Dzisiaj wyjechaliśmy na parafie by dawać świadectwo o swoim powołaniu, by mówić o życiu w seminarium. Było to dla mnie wspaniałe doświadczenie. Muszę przyznać, że jakiejś większej tremy nie miałem z tego powodu, że miałem podzielić się dość osobistymi sprawami z innymi. Zastanawiałem się tylko, czy w ogóle ktoś tego słucha, czy jest tym zainteresowany?! I muszę przyznać, że miło się zaskoczyłem. Po Mszy Św. podszedł do mnie pewien starszy Pan i powiedział, mniej więcej coś takiego: "Dziękuje, że wspomniałeś tak miło swojego dziadka. Sam jestem dziadkiem i chcę jak najlepiej dla swojego wnuczka." Ta wypowiedz uświadomiła mi, że ludzie słuchają tego, co się do nich mówi, i że czasami wystarczą proste słowa a ludzie to wówczas najlepiej przyjmują. A oto treść, niecała;), mojego świadectwa"
Powołania są różne, bo jedni są przeznaczeni przez Pana Boga do życia rodzinnego, inni do życia w samotności, jedni do życia zakonnego a inni do kapłańskiego. A i ci, którzy kroczą ku Chrystusowemu Kapłaństwu różnią się drogami, którymi ich Pan prowadził. W moim życiu nie było wielkich nawróceń, gdyż zawsze byłem blisko Kościoła. Od dzieciństwa wzrastałem w środowisku religijnym, gdzie sprawy związane z wiarą były czymś ważnym i kształtującym życie naszej rodziny. Pierwsza myśl o kapłaństwie, a bardziej o byciu księdzem, pojawiła się, gdy byłem jeszcze dzieckiem. Wówczas, jako pięcioletni chłopiec, służyłem regularnie wraz z moim dziadkiem do Mszy świętej. Pamiętam, że zawsze podobał mi się ubiór księdza, a więc wszystkie szaty, jakie zakładał do sprawowania Eucharystii i gesty, które podczas Mszy wykonywał. Później to wszystko, na miarę swoich możliwości, ku uciesze rodziców i brata, odwzorowywałem w domu, udając, że odprawiam msze. Jednak myśl o byciu księdzem po pewnym czasie znikła.
Zaczął się czas nauki w szkole podstawowej a następnie w gimnazjum. W między czasie śpiewałem w scholii parafialnej a w roku 2000 zostałem ministrantem, 5 lat później lektorem. Czas spędzony w Liturgicznej Służbie Ołtarza był dla mnie wspaniałym doświadczeniem. Byłem dumny z tego, że mogę stać tak blisko ołtarza, że mogę bardziej zaangażować się w liturgię. Ministranci przed każdą Mszą Św. modlą się słowami: „Oto za chwilę przystąpię do Ołtarza Bożego, do Boga, który rozwesela młodość moją, do Świętej przystępuję służby”. I właśnie ta święta służba bardzo przybliżyła mnie i do Kościoła i do Pana Boga, pogłębiła moją wiarę, pobożność i duchowość.
Na poważnie o byciu księdzem zacząłem myśleć pod koniec gimnazjum. Do liceum szedłem już z myślą, by po maturze pójść do seminarium. I tak po skończeniu szkoły średniej i zdaniu matury skierowałem swoje kroki do Wyższego Seminarium Duchownego Diecezji N, gdzie na ręce ks. Bp NN, ówczesnego rektora seminarium, złożyłem potrzebne dokumenty. Po zdaniu egzaminu kwalifikacyjnego zostałem przyjęty w poczet alumnów.
W kształtowaniu mojego powołania bardzo dużą rolę odegrali moi najbliżsi, a w szczególności rodzice i dziadkowie. Oni nauczyli mnie modlić się, prowadzili do Kościoła, tłumaczyli podstawowe prawdy wiary, uczyli miłości i szacunku do drugiego człowieka. Duży wpływ na moje powołanie miał i ma również mój ks. Proboszcz, który jest dla mnie wzorem dobrego duszpasterza.
Wstępując do Seminarium zacząłem uczestniczyć w najpiękniejszych rekolekcjach mojego życia. Każdy dzień jest podobny do siebie, ale każdego dnia poznaję bliżej Boga. Każdego dnia przechodzę swoisty egzamin z miłości do Boga i do drugiego człowieka. A muszę przyznać, że w seminarium nie przebywają same „anioły” i naprawdę czasami jest napięta atmosfera, pomiędzy nami –alumnami. Ale wówczas staramy się jak najszybciej dostrzec to, co nas łączy, idziemy do kaplicy i modlimy się, staramy się zobaczyć w tej drugiej osobie Jezusa. Bliskie mi są słowa Ojca Świętego Benedykta XVI, który w Rzymie do alumnów powiedział: „To dobrze, jeśli uświadamiamy sobie swą słabość, ponieważ wówczas wiemy, że potrzebujemy łaski Bożej. Musimy uznać, że potrzebujemy ciągłego nawracania się, że nigdy nie możemy powiedzieć : oto dotarliśmy do celu”. Wiem, że bez łaski Bożej nic w życiu dobrego nie osiągnę. KONIEC:)
Muszę przyznać, że ten pobyt na parafii bardzo mnie podbudował. Żywy kontakt z ludźmi jest w takiej formacji bardzo potrzebny i aż szkoda, że tak rzadko możliwy jest taki wyjazd. Ale potrzebne są takie spotkania również ludziom, żyjącym a parafiach. Bo oczywista sprawa dla mnie nie musi być oczywistością dla nich, np. to że kleryk wcale nie śpi w trumnie:D Poznałem też wspaniałego księdza, bardzo radosnego, prostego a zarazem wewnętrznie bogatego, o ogromnej życzliwości.
W drodze powrotnej zadzwonił do mnie jeszcze mój Brat, nie rodzony, ale Brat w wierze i jak zwykle dodatkowo mnie podbudował. W sumie takich braci w wierze każdemu polecam, bo kurcze naprawdę można się wewnętrznie jakoś uradować od nich. Ale to znak, że Pan Bóg nad nami czuwa.
Po dzisiejszym dniu chce mi się śpiewać: Jezus o poranku Jezus i w południe Jezus , gdy zapada zmrok. Kochaj Go. Wielbij Go!!!!
poniedziałek, 19 kwietnia 2010
Przyjaźń
W Księdze Mądrości Syracha można przeczytać, że "Wierny przyjaciel jest lekarstwem życia; znajdą go bojący się Pana". I nie mogę się z tym nie zgodzić. Przyjaźń to świetna sprawa. Czasami masz jakiś problem i nosisz go w sobie. Lecz gdy jest przyjaciel - możesz się mu wygadać. Czasami chciałbyś się podzielić swą radością ale i smutkiem, lecz nie masz z kim. I tu przychodzi z pomocą przyjaciel. Czasami potrzebujesz modlitewnego wsparcia. I znowu może ci pomóc przyjaciel, bo prawdziwy przyjaciel to wielki skarb, jaki możemy dostać od Pana Boga. Ale przyjaźń to także zadanie, trudne zadanie. Zadanie, które wymaga od nas, byśmy potrafili wszystko poświęcić dla tej drugiej osoby a jednocześnie pamiętali o tym, że przyjaciela nie „ma się” na własność. Przyjaciela w ogóle się nie „ma”. Z przyjacielem „się jest” i przyjacielem „się staje”. W przyjaźni nie ma miejsca dla zazdrości. Prawdziwy przyjaciel pragnie naszego dobra, szczęścia, radości... Choć niekiedy sam tego nie ma. Uważam, że przyjaźń jest bardziej wymagająca od miłości, bo w przyjaźni musisz nieraz odejść na bok, a to nie jest proste. Z drugiej strony kiedy jesteś na boku to i tak masz świadomość, że możesz zawsze, o każdej porze dnia i nocy, jeżeli masz jakiś problem do swojego zadzwonić, przyjść, pogadać.
Ktoś dobrze powiedział: "Jeśli masz przyjaciela, odwiedzaj go często, ponieważ ciernie i zielska zarastają ścieżkę, którą się nie chodzi.
Żegnając przyjaciela, nie płacz, ponieważ jego nieobecność ukaże ci to, co najbardziej w nim kochasz!" Dlatego uważam, że gdy jesteśmy z kimś w przyjaźni to należy tę przyjaźń pielęgnować. Niekiedy wystarczy jedno ciepłe słowo, jeden gest, bo, jak ktoś powiedział: "nawet cień przyjaciela wystarczy by uczynić człowieka szczęśliwym." Nie możemy jednak nigdy zapominać o tym, że naszym najlepszym Przyjacielem jest sam Jezus Chrystus.
Drogi Przyjacielu! Dziękuje za to, że jesteś, dziękuje za modlitwę, za rozmowy, dziękuje za wszystko! Niech Pan Bóg wynagrodzi Ci dobro, które od Ciebie otrzymałem! I pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć!
sobota, 17 kwietnia 2010
Powołanie

Wczoraj, jak co piątek, odbyła się konferencja ascetyczna ojca duchownego. Muszę przyznać, że jak dla mnie, była to jedna z lepszych, jakie już słyszałem. Zrozumiałem jak wielka łaskę otrzymałem od Pana Boga - powołanie do kapłaństwa! To nie jest jeden z wielu zawodów, to nie jest jakaś tam praca - to jest służba w Winnicy Pańskiej. Zostałem wybrany przez Pana w tajemniczy i tylko Jemu wiadomy sposób. Nie jestem idealny, mam swoje wady, upadki... a jednak Bóg mnie wybrał. To wielkie szczęście dla mnie! Ale to skarb w glinianych naczyniach, skarb o który muszę walczyć, bo o powołanie trzeba walczyć, bo pierwszy zawalczył o mnie Pan Bóg. Gdzie działa Bóg tam też działa szatan, który zawsze będzie próbował walczyć i z Bogiem, i z tymi którzy idą ścieżkami Pana. Trudności, rozproszenia, pokusy - to sprawka diabła. Powołanie muszę również pielęgnować, przez modlitwę, praktyki duchowne, poznawanie Boga i Kościoła, zdobywanie odpowiedniej wiedzy. Dlatego w tym miejscu pragnę podziękować Wam, którzy się za mnie modlicie. To wielka pomoc dla mnie, i naprawdę bardzo sobie to cenię i obiecuję również pamięć modlitewną. Wasza modlitwa wspomaga moją, niekiedy nie najlepszą, modlitwę.
Uświadomiłem sobie, że codziennie potrzeba, aby dokonywał wyboru; mówiła tak dla Boga. Nie mogę być tchórzem, bo wybór dziś nie dokonany, jutro będzie owocował katastrofą. Muszę trwać w tym, co rozpocząłem. Muszę i chcę codziennie rano wstawać i chwalić Pana!!! Nie mogę życia przespać, nie mogę i nie chcę przespać czasu seminarium. Bo kocham swoje powołanie!!!
Wszystkich zachęcam do krótkiej refleksji nad naszym pierwotnym wyborem, czy jesteśmy mu wierni? Jest taka anegdota: Ojciec budzi rano syna do szkoły. Mówi mu wstawaj, już czas. Syn mu odpowiada: jeszcze chwila. Za chwilę ojciec znowu mówi: wstawaj, bo się spóźnisz, a syn mu na to: nie idę do szkoły, bo mnie tam nie lubią. Ojciec za chwilę budzi go po raz trzeci a on mu odpowiada: tato, ja tej szkoły nienawidzę! W końcu ojciec mówi do syna: po pierwsze wstawaj, bo to twój obowiązek, bo drugie masz już 45 lat, a po trzecie jesteś dyrektorem tej szkoły! Obyśmy nigdy nie odstąpili od pierwotnego wyboru, pamiętając o tym, że Pan Bóg jest zawsze wierny!
wtorek, 13 kwietnia 2010
Jezus przychodzący w bracie...

Kleryk też człowiek. To prawda, tylko że czasami mówiąc to próbuję siebie usprawiedliwić. Ostatnio po rozmowie z pewną osobą uświadomiłem sobie, że powinienem się wstydzić za to co myślę, za to co robię, albo dokładniej za to czego nie robię. Ta osoba, młodsza ode mnie, potrafi znaleźć czas by przed zajęciami w LO pójść na Mszę Świętą, potrafi długo się modlić, robić rozmyślanie, odmawiać brewiarz. A mi nieraz wydaję się, że tak dużo robię, że moja pobożność jest już wystarczająca. Ona otworzyła mi oczy na to, jak mało robię i na to, że nie doceniam tego co mam. A co mam?? Największy skarb, gdyż żyję pod tym samym dachem razem z Panem Bogiem ukrytym w tabernakulum. Mam możliwość iść o każdej porze dnia i nocy do kaplicy i Go adorować. Więc dlaczego tego nie robię? Bo myślałem, że już robię dużo, że więcej nie muszę. I szczerze... wstydzę się teraz mojej postawy, żałuję tego, że tak mało czasu poświęcałem dla Pana Boga. Mogę na szczęście to zmienić i chcę to zmienić. Po raz kolejny doświadczyłem, że Pan Bóg ciągle jest ze mną i mi błogosławi. Bo za takie błogosławieństwo mogę przecież potraktować tą osobę, która Bóg postawił na mojej drodze, i która ma dobry wpływ na mnie, na moją duchowość. To nie jest tak, że nikt o tym wcześniej nie mówił, bo przecież na konferencjach ascetycznych bardzo często ojcowie duchowni podkreślają, że formacja duchowna jest najważniejsza, że nie wolno nam zagubić kontaktu z Panem Bogiem. Ale czym innym jest świadectwo dane przez jakąś osobę i podzielenie się konkretami. Dopiero to pozwala zrzucić siebie taki wygodny płaszczyk, który się ubrało a który fałszował rzeczywistość. Potrzeba jest bym go zrzucił, bym ogołocił z siebie, bym potraktował siebie poważnie. Muszę sobie powiedzieć: Marcin to co robiłeś do tej pory, to nic w stosunku do tego co powinieneś robić!
Jestem klerykiem i naprawdę po rozmowie z tą osobą uświadomiłem sobie, że powinniśmy zamienić się miejscami. Bo ona jest bliżej żywego Boga, ona potrafi Nim żyć, potrafi się z Nim kłócić. A ja? Czasami, może przez rutynę, traktowałem Pana Boga, jako Kogoś kto owszem kieruje moim życiem, ale z którym kontakt mam ograniczony, bo On jest Bogiem a ja tylko człowiekiem.
Cieszę się, że mogłem poznać tą osobę. Wiele zrozumiałem i chce swoje błędy naprawić. I po raz kolejny na własnej skórze przekonałem się o tym, że Bóg jest ze mną, że mnie kocha, i że się o mnie troszczy.
Na koniec napiszę słowa pieśni, którą bardzo lubię:
Być bliżej Ciebie chcę, o Boże mój!
Z Tobą przez życie lżej nieść krzyża znój.
Ty w sercu moim trwasz, z miłością Stwórcy ziem
tulisz w ojcowski płaszcz, chroniąc mnie w nim.
Być bliżej Ciebie chcę na każdy dzień,
za Tobą życiem swym iść jako cień.
Daj tylko, Boże dusz, obecność Twoją czuć,
myśl moją pośród burz na Ciebie zwróć.
Choć jak wędrowiec sam idę przez noc,
w Tobie niech siłę mam i w Tobie moc,
gdy czuwam i wśród snu, czy słońce jest, czy mrok
niechaj mnie strzeże Twój, o Panie, wzrok.
Być bliżej Ciebie chcę i w śmierci czas,
gdy mnie już będzie krył grobowy głaz.
być bliżej Ciebie chcę to me pragnienie czuj,
bom ja jest dziecię Twe, Tyś Ojciec mój.
sobota, 10 kwietnia 2010
Żal duszę ściska...

Dzisiaj byłem na pielgrzymce w Krakowie - Łagiewnikach. Zaczęło się sympatycznie. Były śpiewy, modlitwa... Później ta wiadomość - Prezydent RP wraz z małżonką, liczni politycy, duchowni, ludzie... zginęli. I cóż powiedzieć? Nie wiem, bo czuje się jakbym stracił kogoś bliskiego. Tyle na niego pluli, tyle złych słów o nim pisano. A teraz, pewnie ci sami internauci piszą, że zawsze godnie reprezentował nasz kraj. I to prawda, bo tak było. Lech Kaczyński dbał o dobro Polski! Nie wiem co więcej napisać. Każde słowo nie zdoła wyrazić tego co czuje.
Gdy wracałem z pielgrzymki na jednym kościele zobaczyłem zegar z napisem: "Jedna z tych godzin będzie twą ostatnią". Jakże to doskonale pasuje do tego co się wydarzyło. Nie odkładajmy nic na później... Może być już za późno...
I znowu Polska pokazuje, że żegna swojego prezydenta, że go kochała, że o nim pamięta i nie tylko o nim. I to jest piękne. Ale czy to tylko, jak w przypadku śmierci Jana Pawła II, chwilowe poruszenie?!
Panie Prezydencie dziękuje za to, co Pan zrobił dla Polski!!!
Niech Miłosierny Pan przyjmie dusze zmarłych!
czwartek, 8 kwietnia 2010

"Jesteś tuż obok mnie, jesteś ze mną ...w każdy dzień... wspierasz mnie, chronisz mnie..." - śpiewa pięknie Eleni. A ja nawet nie zdaję sobie sprawy z tego, że ciągle Ktoś jest, Ktoś nade mną czuwa. I choć to piosenka jest o Maryi, to moje myśli biegną do mojego Anioła Stróża. Pamiętam, że modlitwę "Aniele Boży, Stróżu mój" nauczyła mnie moja Babcia i była to pierwsza modlitwa jaką poznałem. Ile razy ją w ciągu życia odmówiłem - tego nie wiem, ale kiedy nawet nie miałem już sił na cały pacierz to modlitwę do Anioła Stróża odmawiałem. On jest moim Przyjacielem, który zawsze jest ze mną. Gdzie ja idę On idzie ze mną. Czasami mnie wyprzedza, żeby ostrzec mnie przed niebezpieczeństwem, a ja czasami głupi - Go nie słucham. A ile bym zaoszczędził różnych upadków, przykrości itp? Podziwiam Jego cierpliwość, bo wiem jak ze mną ma On ciężko. Cieszę się, że mam tak wspaniałego Orędownika u Boga. I chcę i teraz wypowiedzieć te słowa "Aniele Boży, Stróżu mój, Ty zawsze przy mnie stój, rano, wieczór, we dnie, w nocy bądź mi zawsze ku pomocy, strzeż mej duszy, ciała mego i zaprowadź mnie do żywota wiecznego. Amen."
poniedziałek, 5 kwietnia 2010
Chrystus Zmartwychwstał!

Trwając w Oktawie Zmartwychwstania naszego Pana Jezusa Chrystusa życzę wszystkim błogosławieństwa Boże, i wszelkich potrzebnych łask! Niech w naszych rodzinach panuje radość, niech skończą się waśnie, niech nasze serca otworzą się na Boga a oczy na ludzi. Bądźmy weseli bo Chrystus zmartwychwstał! I my zmartwychwstaniemy!!!
Te Święta są pierwszymi, które spędzam poza domem, bez najbliższych. Wypadł mi akurat dyżur na furcie. I znowu miło się zaskoczyłem. Na początku tym, że po skończonej Wigilii Paschalnej przyszedł do mnie na furtę brat rokowy, z którym nie mam najlepszego kontaktu, i uczynił mi na czole znak krzyża przyniesioną przez siebie, świeżo poświęconą wodą a przy okazji złożył mi życzenia. Było to dla mnie naprawdę zaskoczenie. I bardzo jestem Mu wdzięczny za to, co zrobił. Także wczoraj wraz z 2 braćmi, 2 siostrami zakonnymi i Księdzem Prefektem przeżyliśmy wspaniałą kolację! I to nic, że wraz z diakonem przyrządziliśmy niezbyt tradycyjne danie, bo zapiekankę z makaronem. Ale wspólna praca przy posiłku, zadowolenie pozostałych uczestników wynagrodziło wszystko, także rozłąkę z rodziną. Na śniadaniu wielkanocnym ks. Rektor powiedział, że szkoda że na Wielkanoc nie ma odpowiedników kolęd do śpiewania. To było dla nas kolejne wyzwanie, bo jak nie śpiewać z radości, że Chrystus przezwyciężył śmierć?! I po zjedzonym posiłku śpiewaliśmy na część Pana: Otrzyjcie już łzy płaczący, Zwycięzca śmierci .... później do tradycyjnych wielkanocnych pieśni dodaliśmy piosenki religijne i pielgrzymkowe. Po raz kolejny przekonałem się, że tam gdzie gromadzimy się w Imię Jezusa tam On jest między nami! Była radość, śmiech, szczęście ale także modlitwa! Długo w mojej pamięci pozostaną to Święta, bo chyba jeszcze nigdy tak pięknie Niedzieli Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa nie przeżyłem.
Pragnę na koniec podziękować wszystkim za życzenia, w sposób szczególny Michałowi i Wojtkowi za ich piękne słowa. Choć i tak uważam,że niekiedy nie zasługuję na nie, i uważam że mogę powtórzyć za kardynałem Ratzingerem słowa: "Twoim jucznym osłem się stałem i właśnie w ten sposób jestem blisko Ciebie". Cieszę się, że Jezus ciągle mnie zaskakuje i cieszę się, że ciągle czuje Jego obecność przy mnie!
piątek, 2 kwietnia 2010
Triduum
Wczoraj rozpoczęliśmy kolejne Święte Triduum Paschalne. Pamiętam, że wcześniej, gdy byłem jeszcze ministrantem nie mogłem doczekać się tego czasu. Kochałem liturgię, kochałem przygotowywać asysty! To było to no co czekało się cały rok. Odkąd wstąpiłem do seminarium, Triduum spędzam również w seminarium. Zmieniło się też coś innego...
Teraz uczestniczę w tych pięknych celebracjach stojąc na chórze. Nie mogę już tak angażować się w liturgię. Śpiew to co innego, choć oczywiście jest również bardzo ważny. Pamiętam rok temu buntowałem się i wmawiałem sobie, że stojąc na chórze cały czas nie jestem w stanie dobrze przeżyć tych Wielkich Dni. I tak tez się stało. Ale w tym roku jest inaczej. Nastawiłem się na to, aby jak najlepiej przeżyć te Dni, mimo że będę daleko od ołtarza. Próbuję być skupiony przez cały czas, nie rozmawiać... I powiem, że wczoraj naprawdę głęboko przeżyłem liturgię i całą Mszę Wieczerzy Pańskiej. Zrozumiałem też, że to tylko ode mnie zależy jak przeżyje ten czas.
Teraz uczestniczę w tych pięknych celebracjach stojąc na chórze. Nie mogę już tak angażować się w liturgię. Śpiew to co innego, choć oczywiście jest również bardzo ważny. Pamiętam rok temu buntowałem się i wmawiałem sobie, że stojąc na chórze cały czas nie jestem w stanie dobrze przeżyć tych Wielkich Dni. I tak tez się stało. Ale w tym roku jest inaczej. Nastawiłem się na to, aby jak najlepiej przeżyć te Dni, mimo że będę daleko od ołtarza. Próbuję być skupiony przez cały czas, nie rozmawiać... I powiem, że wczoraj naprawdę głęboko przeżyłem liturgię i całą Mszę Wieczerzy Pańskiej. Zrozumiałem też, że to tylko ode mnie zależy jak przeżyje ten czas.
czwartek, 25 marca 2010
Plurimos annos...
Popatrz jak szybko mija czas, życie twe też przeminie wraz… słowa tej piosenki religijnej zwłaszcza dziś – w 21 rocznicę moich urodzin – szczególnie pasują do tego co czuję. Czas bardzo szybko upływa a ja staję się coraz starszy. Wspominam te 21 lat życia bardzo miło, mimo że są rzeczy, których żałuję.
Z radością a zarazem i smutkiem wracam do mojego dzieciństwa. Był to, jak do tej pory, najpiękniejszy okres w moim życiu. Wspominam moich kochanych Dziadków. Babcie, która uczyła mnie pacierza; Dziadka, z którym już jako 4 – letni chłopiec służyłem do Mszy Św. oraz drugiego Dziadka, który wszczepił we mnie zamiłowanie do śpiewu. Odeszli już do Pana a ja zostałem z tym, czego mnie nauczyli.
Z wielką radością wspominam i dziękuję mojemu bratu, z którym niejednokrotnie się kłóciłem, ale na którego zawsze mogłem i mogę liczyć. Wspominam i z całego serca dziękuję moim kochanym Rodziców, którym tyle zawdzięczam: życie, troskę o moje zdrowie, wykształcenie, wychowanie i wiarę. Dzięki Nim zostałem ochrzczony. I choć wiem, że nieraz Rodzicom było ciężko to zawsze starali i starają się zapewnić mi wszystko, co mi jest potrzebne.
Dziś w sposób szczególny pragnę podziękować – Tobie Panie Boże. Pragnę podziękować za największy dar, który otrzymałem – życie. Ty zawsze ze mną jesteś, Ty jesteś moim najlepszym Przyjacielem!
Pragnę podziękować także moim znajomym i Przyjaciołom, w sposób szczególny: Mateuszowi, Michałowi, Pawłowi, Krystianowi, Wojtkowi, Łukaszowi i wszystkim, z którymi wiele rozmawiam i utrzymuję przyjacielską więź. Dziękuję moim koleżanką, szczególnie tym z dzieciństwa: Ewelinie, Marcie i Paulinie.
W mojej pamięci i sercu na zawsze pozostanie osoba Księdza Proboszcza Michała, który wywarł ogromny wpływ ma moje powołanie. Również bardzo ciepło wspominam Księży katechetów z czasów gimnazjum: Krzysztofa i Daniela. Cieszę się, że mogłem poznać moich braci rokowych oraz pozostałych alumnów a także liczne osoby duchowne.
Dziękuje wszystkim, których spotkałem w ciągu tych 21 lat życia. Za zło z mojej strony przepraszam a za otrzymane od Was dobro dziękuję.
To, że mogłem się urodzić i mogę teraz żyć i zmierzać ku Chrystusowemu Kapłaństwu to dla mnie bardzo wiele znaczy i moje słowa wdzięczności i radości z tego powodu płynącej nie są w stanie tego wyrazić. Dlatego też postanowiłem, że dziś rozpocznę moją duchową adopcje dziecka poczętego. Niech chociaż w ten sposób spłacę cząstkę długu wdzięczności wobec Boga i ludzi za dar życia. Pragnę by moja modlitwa pomogła jakiemuś dziecku przyjść na świat.
Wszystkich, którzy kiedyś będą czytać tego posta proszę o modlitwę w mojej intencji.
W dniu moich urodzin pragnę także powiedzieć to, że :
„Wierzę w jednego Boga, Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych. I w jednego Pana Jezusa Chrystusa, Syna Bożego Jednorodzonego, który z Ojca jest zrodzony przed wszystkimi wiekami. Bóg z Boga, Światłość ze Światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego. Zrodzony a nie stworzony, współistotny Ojcu, a przez Niego wszystko się stało. On to dla nas ludzi i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba. I za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się człowiekiem. Ukrzyżowany również za nas, pod Poncjuszem Piłatem został umęczony i pogrzebany. I zmartwychwstał dnia trzeciego, jak oznajmia Pismo. I wstąpił do nieba; siedzi po prawicy Ojca. I powtórnie przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych, a Królestwu Jego nie będzie końca. Wierzę w Ducha Świętego, Pana i Ożywiciela, który od Ojca i Syna pochodzi. Który z Ojcem i Synem wspólnie odbiera uwielbienie i chwałę który mówił przez Proroków. Wierzę w jeden, Święty, powszechny i apostolski Kościół. Wyznaję jeden chrzest na odpuszczenie grzechów. I oczekuję wskrzeszenia umarłych. I życia wiecznego w przyszłym świecie. Amen.”
Z radością a zarazem i smutkiem wracam do mojego dzieciństwa. Był to, jak do tej pory, najpiękniejszy okres w moim życiu. Wspominam moich kochanych Dziadków. Babcie, która uczyła mnie pacierza; Dziadka, z którym już jako 4 – letni chłopiec służyłem do Mszy Św. oraz drugiego Dziadka, który wszczepił we mnie zamiłowanie do śpiewu. Odeszli już do Pana a ja zostałem z tym, czego mnie nauczyli.
Z wielką radością wspominam i dziękuję mojemu bratu, z którym niejednokrotnie się kłóciłem, ale na którego zawsze mogłem i mogę liczyć. Wspominam i z całego serca dziękuję moim kochanym Rodziców, którym tyle zawdzięczam: życie, troskę o moje zdrowie, wykształcenie, wychowanie i wiarę. Dzięki Nim zostałem ochrzczony. I choć wiem, że nieraz Rodzicom było ciężko to zawsze starali i starają się zapewnić mi wszystko, co mi jest potrzebne.
Dziś w sposób szczególny pragnę podziękować – Tobie Panie Boże. Pragnę podziękować za największy dar, który otrzymałem – życie. Ty zawsze ze mną jesteś, Ty jesteś moim najlepszym Przyjacielem!
Pragnę podziękować także moim znajomym i Przyjaciołom, w sposób szczególny: Mateuszowi, Michałowi, Pawłowi, Krystianowi, Wojtkowi, Łukaszowi i wszystkim, z którymi wiele rozmawiam i utrzymuję przyjacielską więź. Dziękuję moim koleżanką, szczególnie tym z dzieciństwa: Ewelinie, Marcie i Paulinie.
W mojej pamięci i sercu na zawsze pozostanie osoba Księdza Proboszcza Michała, który wywarł ogromny wpływ ma moje powołanie. Również bardzo ciepło wspominam Księży katechetów z czasów gimnazjum: Krzysztofa i Daniela. Cieszę się, że mogłem poznać moich braci rokowych oraz pozostałych alumnów a także liczne osoby duchowne.
Dziękuje wszystkim, których spotkałem w ciągu tych 21 lat życia. Za zło z mojej strony przepraszam a za otrzymane od Was dobro dziękuję.
To, że mogłem się urodzić i mogę teraz żyć i zmierzać ku Chrystusowemu Kapłaństwu to dla mnie bardzo wiele znaczy i moje słowa wdzięczności i radości z tego powodu płynącej nie są w stanie tego wyrazić. Dlatego też postanowiłem, że dziś rozpocznę moją duchową adopcje dziecka poczętego. Niech chociaż w ten sposób spłacę cząstkę długu wdzięczności wobec Boga i ludzi za dar życia. Pragnę by moja modlitwa pomogła jakiemuś dziecku przyjść na świat.
Wszystkich, którzy kiedyś będą czytać tego posta proszę o modlitwę w mojej intencji.
W dniu moich urodzin pragnę także powiedzieć to, że :
„Wierzę w jednego Boga, Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych. I w jednego Pana Jezusa Chrystusa, Syna Bożego Jednorodzonego, który z Ojca jest zrodzony przed wszystkimi wiekami. Bóg z Boga, Światłość ze Światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego. Zrodzony a nie stworzony, współistotny Ojcu, a przez Niego wszystko się stało. On to dla nas ludzi i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba. I za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się człowiekiem. Ukrzyżowany również za nas, pod Poncjuszem Piłatem został umęczony i pogrzebany. I zmartwychwstał dnia trzeciego, jak oznajmia Pismo. I wstąpił do nieba; siedzi po prawicy Ojca. I powtórnie przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych, a Królestwu Jego nie będzie końca. Wierzę w Ducha Świętego, Pana i Ożywiciela, który od Ojca i Syna pochodzi. Który z Ojcem i Synem wspólnie odbiera uwielbienie i chwałę który mówił przez Proroków. Wierzę w jeden, Święty, powszechny i apostolski Kościół. Wyznaję jeden chrzest na odpuszczenie grzechów. I oczekuję wskrzeszenia umarłych. I życia wiecznego w przyszłym świecie. Amen.”
niedziela, 21 marca 2010
Lud Twój Panie lud pielgrzymi...

Wczoraj, wraz z moimi braćmi rokowymi i naszym Księdzem Opiekunem byliśmy na pielgrzymce – Dniu Skupienia – w Bardzie , w Sanktuarium Matki Bożej Strażniczki Wiary. Wcześniej byliśmy tam u progów naszej seminaryjnej formacji z naszym Ojcem Duchownym.
Na początku śmiałem się, że ten wypad w góry, został nazwany „dniem skupienia”. Do tej pory dzień skupienia, który już nie jeden przeżyłem w seminarium, wiązał się z zachowywaniem przez cały ten czas silentium sacrum ( świętego milczenia) oraz udziałem w konferencjach ojców duchownych, różnych nabożeństwach i modlitwie.
Wczoraj było inaczej. Wstaliśmy przed szóstą, aby zdążyć na jutrznie do kaplicy na 6.20. O godzinie 07.07 mieliśmy szynobus, który zawiózł nas prosto do Barda. Pierwsze miejsce, do które się udaliśmy to Bazylika Mniejsza z figurką Matki Bożej Strażniczki Wiary. Odśpiewaliśmy Godzinki a następnie udaliśmy się w kierunku dróżki z kaplicami różańcowymi, by odmówić wspólnie Różaniec. Następnie była Msza Św. w Bazylice, a po niej obiad. Najedzeni i wypoczęci mogliśmy ruszyć w góry. Celem naszej wyprawy była górska kaplica MB, za którą znajduje się „stópka Matki Bożej” . Przemierzając szlak, odprawialiśmy Drogę Krzyżową, zatrzymując się przy poszczególnych stacjach – kamiennych kapliczkach z obrazami. Podczas powrotnej drogi śpiewaliśmy, rozmawialiśmy, cieszyliśmy się dobrą atmosferą, która nie zawsze jest na roku.
Dla mnie był to chyba najlepszy dzień skupienia jaki przeżyłem od wstąpienia do seminarium. Naładowałem swoje akumulatory duchowe! Bardzo przeżyłem Drogę Krzyżową, która jest moim ulubionym nabożeństwem. Ciężko było iść pod górę, a co dopiero mówić o płynnym śpiewaniu. Ale byłem szczęśliwy, że mogę kroczyć do przodu. Podczas przechodzenia od stacji do stacji, miałem czas na przemyślenie pewnych spraw, związanych z moją formacją. Czasami jest ciężko, pojawiają się jakieś wątpliwości, pytania… A Pan Jezus ciągle mówi: „Zaufaj mi. Wystarczy Ci łaski mojej! Nie lękaj się!”
Panie Ty mnie ukochałeś, mnie niegodnego, Ty mnie powołałeś, mnie grzesznika, Ty mi zaufałeś, mi upadającemu! Bądź przeze mnie uwielbiony Boże w Trójcy utajony, bądź przeze mnie dostrzeżony Boże w Trójcy utajony, nie bądź nigdy przeze mnie odrzucony Boże w Trójcy utajony!
środa, 17 marca 2010
Pan odpuścił Tobie grzechy. Idź w pokoju!
.jpg)
Dziś, jak zwykle w środę, odbyło się nabożeństwo pokutne i spowiedź. I jak zwykle zrobiłem rachunek sumienia, żal za grzechy i postanowiłem poprawę. Jak zwykle przystąpiłem do spowiedzi u mojego stałego spowiednika. I jak zwykle grzechy zostały mi odpuszczone, i jak zwykle była zadana pokuta, i jak zwykle....
No właśnie, czy przez to, że każda z przeżytych spowiedzi, jest już którąś z setnych,nie zrobiło się to pewną zwykłością, czymś powszednim, taką rutyną? Po części chyba tak. Z drugiej strony, cóż więcej chcieć? Pan Bóg przecież odpuszcza wszystkie grzechy, za które żałujemy, i które szczerze wyznajemy. Czasami wydaje mi się, że Pan Bóg już nie powinien mi przebaczać grzechu, który po raz setny popełniłem. Bo jaka to poprawa, skoro ciągle się powraca do danego grzechu?! Ktoś by mógł powiedzieć, że żadna. I trudno byłoby nie przyznać mu racji. Ale jak popatrzę się na to, ile wysiłku wkładam w to, aby przezwyciężyć dane przyzwyczajenie bądź grzech to mam świadomość tego, że Bóg to widzi, że widzi, że chcę być lepszym człowiekiem! I wiem, że Miłosierdzie Boże nie ma granic.
Obecnie, u mojego spowiednika, spowiadam się siedząc obok niego na krześle. I muszę przyznać, że brakuje mi tradycyjnego Sakramentu Pojednania w konfesjonale. Mój proboszcz, który jest dla mnie wzorem kapłana, nauczył mnie spowiadać się zawsze w u kratek konfesjonału. Na początku byłem trochę wkurzony, bo zależało mi, żeby dobrze przeżyć spowiedź, tym bardziej, że była to spowiedź generalna. I po prostu się bałem i myślałem, że siedząc obok niego będzie mi lżej i łatwiej wyznać wszystkie grzechy. Jednak zrobiłem tak, jak chciał ksiądz. I powiem tylko jedno - po tej spowiedzi czułem się o połowę lżejszy, a drogę powrotną do domu "przeszedłem" w podskokach - gdyż taki byłem szczęśliwy.
Mam w zwyczaju po spowiedzi ucałować również stułę, którą ksiądz ma zawieszoną na szyi. I choć może ktoś powiedzieć, że to takie staroświeckie, to jednak ten gest wyraża mój wielki szacunek wobec księdza i Kościoła oraz misji, którą kapłan spełnia.
niedziela, 14 marca 2010
Czas ucieka - wieczność czeka!

Nie raz, zwłaszcza gdy mam jakieś wątpliwości, rodzi się pokusa by prosić Pana Boga o jakiś znak, który by potwierdził, że idę dobrą drogą. Tymczasem ostatnio uświadomiłem sobie, że przecież to, że budzę się, że mogę rano wstać i zacząć nowy dzień - to jest znak od Pana, który mi mówi:" Idź. Ja jestem z Tobą. Wystarczy Ci mojej łaski. Wierz tylko".
Zaufanie do Pana Boga, które mam jest dla mnie chyba największym skarbem w moim powołaniu. To, że z rana mogę uczynić znak krzyża znaczy bardzo wiele. Mam w zwyczaju zaraz po przebudzeniu odmówić krótką modlitwę, którą nauczyła mnie, gdy byłem jeszcze mały, babcia: "Tyś mnie strzegł tej nocy Boże, nowy rozpoczynam dzień, chcę Ci za to dzięki złożyć, chwalić i uwielbiać Cię". Obudziłem się, bo Bóg tak chciał,a przecież "wielu snem śmierci upadli,co się wczoraj spać pokładli". I jakiego tu więcej znaku od Pana Boga żądać?!
Każdy przeżyty dzień to wielka łaska! Dziś mogę się położyć a jutro już nie wstać. Dlatego motywuje mnie to, by postępować jak najlepiej. Często nie mamy świadomości tego, że to Pan Bóg jest Panem naszego życia. O nas powołał do życia i On, w każdej chwili, może nas odwołać. I nie będzie nas pytał o to, czy chcemy jeszcze żyć, czy nie, czy jesteśmy gotowi na śmierć, czy nie. Dlatego warto mieć w pamięci zasadę "żyj tak, jakby to był twój ostatni dzień". Żyj tak, abyś mógł powiedzieć przed Panem "w dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem".
Więcej niestety nie napiszę, bo lecę zmienić kolegę na furcie.
piątek, 12 marca 2010
Deo gratias!
„Nie masz sędziego w sprawie swojej” – mówi stara zasada. I to prawda. Wczoraj rozmawiałem z Ks. Psychologiem i w końcu rozwiązałem pewne sprawy, które do tej pory trochę mnie zamykały na formację. Bałem się poruszać pewne tematy, ale wiedziałem, że aby móc dalej się formować, wszystko z mojego życia musi być sprostowane. Była to ciężka rozmowa, ale przyniosła radość, szczęście i nadzieję. Dziękuję wszystkim tym, którzy modlili i modlą się za mnie, gdyż wiem, że bez Bożej pomocy niebyłym w stanie takiej rozmowy przeprowadzić. Chrystus powiedział, że „prawda was wyzwoli” i nie mogę się z tymi słowami nie zgodzić.
W dzisiejszym czytaniu z Księgi proroka Ozeasza, mogliśmy przeczytać: „Uleczę ich niewierność i umiłuję z serca, bo gniew mój odwrócił się od nich (…) I wrócą znowu, by usiąść w mym cieniu, a zboża uprawiać będą, winnice sadzić…” Bardzo mnie te słowa poruszyły i wlały w moje serce wielką nadzieję. Chcę być jak najbliżej Boga i słuchać Jego głosu, chcę Go miłować z całego serca, z całej duszy i ze wszystkich sił swoich aż do końca życia. To jest moją wolą!
„A Jezus widząc, że rozumnie odpowiedział, rzekł do niego: << Niedaleko jesteś od królestwa Bożego>>".
W dzisiejszym czytaniu z Księgi proroka Ozeasza, mogliśmy przeczytać: „Uleczę ich niewierność i umiłuję z serca, bo gniew mój odwrócił się od nich (…) I wrócą znowu, by usiąść w mym cieniu, a zboża uprawiać będą, winnice sadzić…” Bardzo mnie te słowa poruszyły i wlały w moje serce wielką nadzieję. Chcę być jak najbliżej Boga i słuchać Jego głosu, chcę Go miłować z całego serca, z całej duszy i ze wszystkich sił swoich aż do końca życia. To jest moją wolą!
„A Jezus widząc, że rozumnie odpowiedział, rzekł do niego: << Niedaleko jesteś od królestwa Bożego>>".
środa, 10 marca 2010
Aborcja=morderstwo


Prawo do życia to nie wymysł Watykanu, to prawo każdego człowieka!
Nie sposób, nie zgodzić się ze słowami Benedykta XVI, który powiedział: „To w Europie po raz pierwszy sformułowano pojęcie praw człowieka. Podstawowym prawem człowieka, będącym przesłanką wszystkich innych, jest prawo do życia. Dotyczy to życia od poczęcia aż do jego naturalnego końca. W efekcie prawem człowieka nie może być aborcja – jest ona jego zaprzeczeniem” .
Nikt z nas nie ma prawa do decydowania o życiu, bądź śmierci drugiego człowieka. Nie możemy „bawić się” w Pana Boga – historia już nam pokazała, jak taka zabawa może się skończyć. Bo, czy takie osoby, jak: Adolf Hitler czy Józef Stalin, nie wymyśliły „gry” pt. „II Wojna Światowa”? nie były panami życia i śmierci? Decydowali przecież o tym, kto może żyć a kto nie. Ich ofiarami stały się miliony osób na całej kuli ziemskiej. Od tamtych czasów minęło już ponad 60 lat. Ale głoszona przez nich ideologia – „Ideologia zła”- jak nazwał ją Jan Paweł II – jest wciąż aktualna. „Po upadku ustrojów zbudowanych na (...)[tej ideologii*], utrzymuje się jednak nadal legalna eksterminacja poczętych istnień ludzkich przed ich narodzeniem. Również i to jest eksterminacja zadecydowana przez demokratycznie wybrane parlamenty i postulowana w imię cywilizacyjnego postępu społeczeństw i całej ludzkości” . Na całym świecie, zabija się miliony niewinnych, nienarodzonych dzieci, które tak samo, jak ofiary wojny, nie mają szans na wypowiedzenie swojego zdania. Dlatego każdego kto się dopuszcza aborcji, każdego kto do niej nakłania, uważam, że można a nawet powinno nazywać się mordercą! Mordercą takim samym - jak byli wyżej wymienieni panowie.
Pozwólcie, że jeszcze raz odniosę się do historii. Tym razem cofnijmy się o 2000 lat, do początków chrześcijaństwa. Kiedy Jezus został niesłusznie oskarżony, zaprowadzono Go do Poncjusza Piłata, aby ten wydał wyrok śmierci. Namiestnik rzymski nie znalazł w Nim żadnej winy i chciał Go uwolnić. Jednak uległ tłumowi. „Piłat widząc, że nic nie osiąga, a wzburzenie raczej wzrasta, wziął wodę i umył ręce wobec tłumu, mówiąc:
My także, bardzo często, ulegamy głosowi innych osób, których wcale nie znamy. Wydaje nam się, że ich poglądy są powszechne i zawsze słuszne. Albo stajemy się bezczynni, przybierając postawę Piłata, który umywając ręce, skazuje Jezusa na śmierć, nie wiedząc, że możemy uratować nie jedno dziecko.
Media nagłaśniają sprawy, w których aborcja „wygrywa” z prawem. Niektóre środowiska przekonują nas, że przerywanie ciąży to nic złego, że kobieta ma prawo decydować o tym, czy urodzi dziecko, czy też nie, a obrońców życia człowieka określają mianem „zacofanych”. Ale zwolennicy aborcji nie mówią nam, jakie są dla kobiety skutki przerwania ciąży! „Badania przeprowadzone przez naukowców z różnych krajów udowadniają, że skutki aborcji, zarówno psychiczne, jak i fizyczne, są ogromne.(...) Amerykańscy badacze, po wyeliminowaniu innych uwarunkowań wykazali, że kobiety, które usunęły ciążę są 65 % bardziej narażone na zachorowanie na depresję od pozostałych.(...) Badania przeprowadzone 8 tygodni po aborcji ujawniły, że 44% tych kobiet cierpi na zaburzenia nerwowe(...). Kobiety te są o 30% bardziej skłonne do wpadania w stan gniewu i złości niż te, które urodziły dzieci. Badania na temat syndromu postaborcyjnego udowodniły, że 80% kobiet po aborcji czuje się winna, 83% żałuje podjętej decyzji, 79% ma poczucie straty, 62% czuje złość.(...) Aborcja ma także ogromny wpływ na zdrowie fizyczne kobiety. Badania wykazały, że aborcja około dwukrotnie zwiększa zagrożenie zachorowania na raka piersi i narządów rodnych. Aż 31% kobiet po aborcji ma stałe problemy zdrowotne.(...) Rozgrywają się tu wielokrotnie prawdziwe tragedie kobiet i ich rodzin.(...) Aż 64% kobiet twierdzi, że zdecydowało się na aborcję pod wpływem swojego otoczenia. W tej liczbie kryje się prawdziwy dramat matek, które zabiły swoje dzieci, bo ktoś je na to namówił, ktoś oszukał, ktoś powiedział, że tak będzie lepiej. Żadnej matce nie może być lepiej po śmierci własnego dziecka” .
Co roku z powodu praktyk aborcyjnych ginie około 50 milionów dzieci. Jest to suma odpowiadająca, mniej więcej, łącznej liczbie mieszkańców Polski i Belgii.
Możemy dzisiaj usłyszeć głosy, że w pierwszym okresie ciąży nie możemy mówić jeszcze o powstaniu nowego życia, którym jest istota ludzka. Jednak jest to nieprawda! Rozwój nauki umożliwił jednoznacznie wskazać, że moment poczęcia to początek istnienia każdego człowieka.
Dlatego każdy z nas, (...) zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielający tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł” , powinien być przeciwnikiem zabijania nienarodzonych dzieci. Proszę, aby każdy i każda z Was, miała na uwadze dobro tych, które nie mogą jeszcze do nas przemówić. Nie powtarzajmy czynu Heroda! Skończmy wreszcie ową „rzeź niewiniątek”!
Kościół i Jego nauka jest dzisiaj najbardziej znienawidzona! Wyznawcy chrześcijaństwa są współczesnymi męczennikami i powoli historia wraca do tego, co już było – prześladowania chrześcijan i Kościół w katakumbach. Niedawny wyrok, który wydał sąd( dobrze, że jest jeszcze Sąd Ostateczny) w sprawie pewnej pani, która teraz stała się maskotką lewicy i księdza, który rzekomo użył „mowy nienawiści” czytaj: nazwał rzeczy po imieniu, świadczy o jednym – Polska nie jest już krajem suwerennym! I jak ma być dobrze na tym świecie, skoro podstawowe prawo – prawo do życia jest łamane?! A tym czasem, to sam Jezus Chrystus powiedział : „Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejsze, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim”. A przykazanie „nie zabijaj” znajduje swoje miejsce w Dekalogu i to nie na ostatniej pozycji!
Polecam obejrzeć film, pt. "Niemy krzyk"
wtorek, 9 marca 2010
Przebaczenie

„Jak być dobrym, powiedz jak – kiedy rani Cię twój brat? – Zaufaj Panu już dziś!” – śpiewała Magda Anioł. A z drugiej strony słowa samego Jezusa, który zapytany przez Piotra ile razy powinno się bratu przebaczać, odpowiada: „Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy”, czyli zawsze.
Medytując dzisiejszą Ewangelię, mówiącą o przebaczeniu, dostałem gotową odpowiedź na to jak mam dalej postępować w swoim życiu. Mam kochać bliźniego i przebaczać mu, tak jak to robi Pan Bóg. I gdy pomyślałem sobie, ile to razy przystąpiłem w ciągu mojego życia do Sakramentu Pokuty i Pojednania, i ile to grzechów zostało mi odpuszczone, wówczas zrozumiałem, że mam czynić podobnie – mam przebaczać nieskończoną ilość razy. I kiedy nie rozumiem, dlaczego mam podać rękę komuś, kto mnie jeszcze przed chwilą obrażał - to wystarczy, gdy oddam to Panu Bogu, gdy w tej wyciągniętej ręce, zobaczę rękę samego Jezusa Chrystusa. W Tobie Panie zaufałem nie zawstydzę się na wieki!
poniedziałek, 8 marca 2010
Modlitwa trudna sprawa- ale bez niej - sprawa przegrana!

„Gdy Bóg jest na pierwszym miejscu – wszystko jest na swoim miejscu”.
Trwając w okresie Wielkiego Postu mamy możliwość korzystania z propozycji, które Pan Bóg wskazał jako lekarstwo na grzechy: post, modlitwę i jałmużnę. W krótkiej refleksji pragnę podzielić się zagadnieniem i rolą modlitwy w moim życiu.
Ktoś by mógł powiedzieć, że kleryk nie ma żadnego problemu z modlitwą, bo przecież tego uczą go w seminarium. Ale nie jest to do końca prawdą. Kleryk to ten, kto rozpoznał głos Pana i poszedł za Nim. A Pan Bóg powołuje różne osoby, z różnych rodzin, środowisk, o różnej pobożności. A przede wszystkim kleryk to też człowiek – najczęściej młodzieniec. Też ma swoje ułomności, swoje wady i problemy.
Jako chrześcijanin i jako kleryk ciągle uczę się modlić. Mówi się, że aby osiągnąć cel trzeba zrobić ten pierwszy krok. I to prawda! W modlitwie potrzebna jest, może przede wszystkim, sama chęć kontaktu z Bogiem. Tutaj czasami w moim życiu zaczynają się schody. Wykłady, posiłki, przechadzka, studium, lektoraty, praca, kawa z braćmi i… wiele innych zajęć. A czas dla Pana Boga?! No cóż, jest Eucharystia, rozmyślanie, czytanie duchowne, różaniec, modlitwa wspólnotowa – czego chcieć więcej? Odpowiedź jest prosta: Pana Boga! Łatwo jest to napisać, ale trudniej zrealizować.
Dlatego każdego dnia toczę walkę z samym sobą, ze swoim lenistwem, ze swymi wadami. Toczę walkę o Boga w moim życiu, o czas dla Niego, o to, bym potrafił w każdej rzeczy widzieć Pana Boga. Nie zawsze to wychodzi, ale nie chcę się poddać i się nie poddam!
Przekonałem się już o prawdziwości słów, które napisałem na samym początku. Kiedy żyję z Panem Bogiem, kiedy w ciągu dnia myślę o Nim i poświęcam czas dla Niego, wówczas moje życie jest radośniejsze, szczęśliwsze i łatwiejsze. Gdy noszę Boga w sercu szatan nie ma do mnie dostępu. Jestem, można powiedzieć, ubezpieczony, w najlepszej „firmie”- u samego Boga. Jednak diabeł nie odpuszcza, krąży i szuka sposobności by mnie pożreć, a przynajmniej oddzielić od Pana Boga. Jest najprzebieglejszy ze wszystkich stworzeń na Ziemi, więc wykorzystuje do tego różne okazje. Czasami działa przez brata, czasami przez jakąś książkę, a czasami przez osłabiony kontakt z Bogiem.
Każdego, kto przeczyta tego posta, prosiłbym o modlitwę w mojej intencji. Przy okazji poruszę krótko temat modlitwy wstawienniczej. Jest to modlitwa, którą ofiarujemy za jakąś osobę. Chcemy wstawiać się za dana osobą u tronu Miłosiernego Boga. Taka forma modlitwy jest piękna i bardzo pomaga. Ale zachęcam, by powiedzieć osobie, za którą się modlimy, że pamiętamy o niej w naszej modlitwie, że w imieniu jej i spraw przez nią polecanych składamy nasze modły. I tak o wszystkich, którzy się za nas modlili dowiemy się dopiero w niebie. Ale sama świadomość, że ta i ta osoba modli się za Ciebie jest wielkim oparciem. Przynajmniej w moim przypadku. Niektórym moim znajomym zaproponowałem, że będziemy się modlić nawzajem za siebie. I uwierzcie, że to pomaga. Niekiedy przytrafi Ci się jakaś sytuacja trudna i masz świadomość, że on i on i ona modlą się za Ciebie, że Twoja sprawa zostanie przez te osoby przedstawiona Panu Bogu. Nie wstydźmy się powiedzieć, że o kimś pamiętamy w modlitwie. Dar modlitwy to najpiękniejszy prezent jaki możemy ofiarować naszemu przyjacielowi bądź znajomemu!
sobota, 6 marca 2010
Komunia, tipsy i kolejka w supermarkecie…
W związku z moimi zainteresowaniami liturgicznymi, pragnę podzielić się z Wami, krótką refleksją na temat Komunii Św. i sposobie Jej rozdawania.
Do lat siedemdziesiątych XX wieku, z małymi wyjątkami, Komunia Św. była udzielana tylko do ust i na klęcząco. Przez wiele wieków osoba, która chciała przyjąć Ciało Pańskie klękała przy balaskach, które były nakryte białym obrusem, i wkładała ręce pod obrus, oczekując na kapłana z Przenajświętszym Sakramentem. Gdy ksiądz podchodził do wiernych, czynił małą Hostią znak krzyża nad puszką, a podając Ją do ust mówił: „Corpus Domini nostri Iesu Christi custodiat animam tuam in vitam aeternam. Amen”, czyli tłumacząc na język polski: „ Ciało Pana naszego Jezusa Chrystusa niech strzeże duszy twojej na żywot wieczny. Amen”. Po przyjęciu i spożyciu Ciała Pańskiego wierny wstawał i w wielkim skupieniu powracał na swoje miejsce.
Jakże już rzadko można spotkać taki sposób rozdawania Ciała Pańskiego. Balaski, które kiedyś oddzielały prezbiterium od dalszej części Kościoła, zostały wyrzucone w imię poprawności liturgicznej!
Obecnie, w większości Kościołów, mamy zupełnie inny widok. Oto do kapłana podchodzą „procesyjnie” wierni by na stojąco przyjąć Ciało Chrystusa. Bardziej niż procesję, przypomina mi ten widok kolejkę do kasy w supermarkecie, zwłaszcza wtedy, gdy jest jakaś promocja. Jest przecież jeszcze czas by zagadać z sąsiadem, podać mu rękę, czy puścić oczko do znajomej. Nie wspomnę już, że dzisiaj jest możliwość rozdawania Komunii Św. na rękę. Pytanie mam tylko jedno: co zrobić później z dłonią i palcami, które dotykały Przenajświętszego Sakramentu, i na których mogły zostać partykuły z Hostii? Strzepać, oblizać, wytrzeć w spodnie? Musimy pamiętać o tym, że Chrystus jest obecny cały i niepodzielny nawet pod najmniejszą postacią konsekrowanego komunikantu. Dla porównania, kapłan po skończonym obrzędzie rozdawania Komunii Św. dokonuje obmycia palców, tzw. puryfikacji.
Ciekawa jest historia wprowadzenia możliwości udzielania Komunii Św. wiernym na rękę. Otóż Kongregacja Kultu Bożego w instrukcji Memoriale Domini z 1969 r. utrzymała tradycyjny sposób komunikowania, stwierdzając że udzielanie Komunii Św. na rękę jest nadużyciem. Jednocześnie jednak pozwolono zachować taki zwyczaj tam, gdzie został już on utrwalony. To przyczyniło się do tego, że Komunię na rękę zaczęto wprowadzać również w miejscach, gdzie zwyczaj ten był do tej pory nieznany, choć było to niezgodne z instrukcją. W Polsce, rok wcześniej, Konferencja Episkopatu podała do wiadomości, że Komunia Św. ma być udzielana do ust - na język i na klęcząco. W wyjątkowych sytuacjach była dopuszczalna postawa stojąca, np. podczas Mszy polowej. Od roku 2006 polscy księża muszą udzielić Komunii na rękę osobom, które o to proszą. Kongregacja ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów wyraziła zgodę, aby w diecezjach Polski dopuszczona była praktyka udzielania konsekrowanego Chleba na rękę wiernych zgodnie z instrukcją De modo sanctam Communionem ministrandi.
Istnieje jeszcze inna nowość związana ze zmianami liturgicznymi, które nastąpiły po Soborze Watykańskim II a dotyczą Komunii Św. Obecnie Ciało Pańskie mogą rozdawać także ludzie świeccy, tzw. nadzwyczajni szafarze. Kongregacja Sakramentów w instrukcji Immensae caritatis z 1973 roku podała obrzęd ustanowienia nadzwyczajnego szafarza Eucharystii na stałe lub jednorazowo. W obecnym Mszale Rzymskim znajduje się nawet specjalne błogosławieństwo, które jest udzielane osobie, która ma jednorazowo rozdawać swoim braciom i siostrom Ciało Chrystusa. Co ciekawe, że osoba świecka powinna udzielać Komunii Św. tylko w wypadku prawdziwej konieczności! A znam parafie, gdzie jest kilku księży, którzy z pewnością poradziliby sobie z rozdawaniem Komunii, a równocześnie jest ustanowionych kilku stałych szafarzy nadzwyczajnych do pomocy. I nieraz jest tak, że ksiądz nie idzie komunikować, bo zrobi to za niego szafarz. Jeszcze inaczej ma się sprawa na Zachodzie. Tam nie dziwi już nikogo fakt, że kobieta rozdaje Ciało Pańskie. Widocznie jest „prawdziwa” konieczność! Ciekawe tylko czy tipsy nie przeszkadzają w komunikowaniu, mogą przecież skaleczyć usta? Choć nie, bo przecież na Zachodzie Komunii Św. do ust już się nie praktykuje; to takie staroświeckie, infantylne, nieekumeniczne i niehumanitarne!
Kończąc tę refleksję, jestem pełny optymizmu, że dzięki staraniom naszego Papieża Benedykta XVI i przykładowi, który daje, wróci znowu do Jednego, Świętego, Powszechnego i Apostolskiego Kościoła Rzymskokatolickiego Komunia Św. udzielana tylko do ust i na klęcząco, jako zwyczajny sposób rozdawania Ciała Pańskiego, także w krajach zachodnich.
Do lat siedemdziesiątych XX wieku, z małymi wyjątkami, Komunia Św. była udzielana tylko do ust i na klęcząco. Przez wiele wieków osoba, która chciała przyjąć Ciało Pańskie klękała przy balaskach, które były nakryte białym obrusem, i wkładała ręce pod obrus, oczekując na kapłana z Przenajświętszym Sakramentem. Gdy ksiądz podchodził do wiernych, czynił małą Hostią znak krzyża nad puszką, a podając Ją do ust mówił: „Corpus Domini nostri Iesu Christi custodiat animam tuam in vitam aeternam. Amen”, czyli tłumacząc na język polski: „ Ciało Pana naszego Jezusa Chrystusa niech strzeże duszy twojej na żywot wieczny. Amen”. Po przyjęciu i spożyciu Ciała Pańskiego wierny wstawał i w wielkim skupieniu powracał na swoje miejsce.
Jakże już rzadko można spotkać taki sposób rozdawania Ciała Pańskiego. Balaski, które kiedyś oddzielały prezbiterium od dalszej części Kościoła, zostały wyrzucone w imię poprawności liturgicznej!
Obecnie, w większości Kościołów, mamy zupełnie inny widok. Oto do kapłana podchodzą „procesyjnie” wierni by na stojąco przyjąć Ciało Chrystusa. Bardziej niż procesję, przypomina mi ten widok kolejkę do kasy w supermarkecie, zwłaszcza wtedy, gdy jest jakaś promocja. Jest przecież jeszcze czas by zagadać z sąsiadem, podać mu rękę, czy puścić oczko do znajomej. Nie wspomnę już, że dzisiaj jest możliwość rozdawania Komunii Św. na rękę. Pytanie mam tylko jedno: co zrobić później z dłonią i palcami, które dotykały Przenajświętszego Sakramentu, i na których mogły zostać partykuły z Hostii? Strzepać, oblizać, wytrzeć w spodnie? Musimy pamiętać o tym, że Chrystus jest obecny cały i niepodzielny nawet pod najmniejszą postacią konsekrowanego komunikantu. Dla porównania, kapłan po skończonym obrzędzie rozdawania Komunii Św. dokonuje obmycia palców, tzw. puryfikacji.
Ciekawa jest historia wprowadzenia możliwości udzielania Komunii Św. wiernym na rękę. Otóż Kongregacja Kultu Bożego w instrukcji Memoriale Domini z 1969 r. utrzymała tradycyjny sposób komunikowania, stwierdzając że udzielanie Komunii Św. na rękę jest nadużyciem. Jednocześnie jednak pozwolono zachować taki zwyczaj tam, gdzie został już on utrwalony. To przyczyniło się do tego, że Komunię na rękę zaczęto wprowadzać również w miejscach, gdzie zwyczaj ten był do tej pory nieznany, choć było to niezgodne z instrukcją. W Polsce, rok wcześniej, Konferencja Episkopatu podała do wiadomości, że Komunia Św. ma być udzielana do ust - na język i na klęcząco. W wyjątkowych sytuacjach była dopuszczalna postawa stojąca, np. podczas Mszy polowej. Od roku 2006 polscy księża muszą udzielić Komunii na rękę osobom, które o to proszą. Kongregacja ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów wyraziła zgodę, aby w diecezjach Polski dopuszczona była praktyka udzielania konsekrowanego Chleba na rękę wiernych zgodnie z instrukcją De modo sanctam Communionem ministrandi.
Istnieje jeszcze inna nowość związana ze zmianami liturgicznymi, które nastąpiły po Soborze Watykańskim II a dotyczą Komunii Św. Obecnie Ciało Pańskie mogą rozdawać także ludzie świeccy, tzw. nadzwyczajni szafarze. Kongregacja Sakramentów w instrukcji Immensae caritatis z 1973 roku podała obrzęd ustanowienia nadzwyczajnego szafarza Eucharystii na stałe lub jednorazowo. W obecnym Mszale Rzymskim znajduje się nawet specjalne błogosławieństwo, które jest udzielane osobie, która ma jednorazowo rozdawać swoim braciom i siostrom Ciało Chrystusa. Co ciekawe, że osoba świecka powinna udzielać Komunii Św. tylko w wypadku prawdziwej konieczności! A znam parafie, gdzie jest kilku księży, którzy z pewnością poradziliby sobie z rozdawaniem Komunii, a równocześnie jest ustanowionych kilku stałych szafarzy nadzwyczajnych do pomocy. I nieraz jest tak, że ksiądz nie idzie komunikować, bo zrobi to za niego szafarz. Jeszcze inaczej ma się sprawa na Zachodzie. Tam nie dziwi już nikogo fakt, że kobieta rozdaje Ciało Pańskie. Widocznie jest „prawdziwa” konieczność! Ciekawe tylko czy tipsy nie przeszkadzają w komunikowaniu, mogą przecież skaleczyć usta? Choć nie, bo przecież na Zachodzie Komunii Św. do ust już się nie praktykuje; to takie staroświeckie, infantylne, nieekumeniczne i niehumanitarne!
Kończąc tę refleksję, jestem pełny optymizmu, że dzięki staraniom naszego Papieża Benedykta XVI i przykładowi, który daje, wróci znowu do Jednego, Świętego, Powszechnego i Apostolskiego Kościoła Rzymskokatolickiego Komunia Św. udzielana tylko do ust i na klęcząco, jako zwyczajny sposób rozdawania Ciała Pańskiego, także w krajach zachodnich.
Równocześnie dzięki przywracaniu szacunku dla, dyskryminowanej przez wiele osób, liturgii tradycyjnej i wydaniu Motu proprio Summorum Pontifium przez Benedykta XVI, zezwalającemu każdemu księdzu na odprawianie Mszy Św. wg Mszału Bł. Jana XXIII, mamy możliwość przyjęcia Ciała Pańskiego w sposób tradycyjny. I Bogu niech za to będą dzięki!
Zachęcam do lektury niżej podanych książek, z których niektóre wiadomości zaczerpnąłem:
Dybowski Mieczysław, Liturgika, Księgarnia Św. Wojciecha, Poznań-Warszawa-Lublin 1957.
Milcarek Paweł, Historia Mszy, Wydawnictwo Dębogóra, 2009.
piątek, 5 marca 2010
Miłość bliźniego
Wierzę, że Pan Bóg stawia na naszej drodze życia różne osoby, gdyż ma w tym jakiś cel. Każdy bliźni, którego poznajemy to przychodzący do nas sam Jezus Chrystus. Jakże więc nie mielibyśmy mu nie okazać miłości i nie cieszyć się, że jest z nami?!
Obecnie słowo „miłość” zostało bardzo wypaczone, ale czy to znaczy, że nie mam tego słowa używać? Nie! Czy to, że tęcza została uznana przez pewną mniejszość za swój znak, sprawiło, że straciła ona znaczenie religijne, jako symbol Przymierza? Nie! A czy to, że Krzyż jest obecnie profanowany, wyrzucany i znienawidzony zmieniło coś w tym, że jest to Znak Zbawienia, Znak Miłości, Znak Boga? Nie! Więc nie boję się powiedzieć, że zależy mi nie tylko na miłości Boga, lecz także na miłości bliźniego.
Wczoraj w Ewangelii Janowej przeczytałem słowa Jezusa : „ abyście się wzajemnie miłowali”. Nie jest to sprawa łatwa. Bo czasami ten bliźni był dla nas niemiły, czasami nas skrzywdził, czasami mocno zranił. Zadajemy sobie wówczas pytanie: „Jak ja mogę go kochać?” Doskonałą odpowiedź możemy znaleźć w Encyklice Deus Caritas Est Benedykta XVI. Papież w numerze 18 pisze: „ Miłość bliźniego polega właśnie na tym, że kocham w Bogu i z Bogiem również innego człowieka, którego w danym momencie może nawet nie znam lub do którego nie czuję sympatii. Taka miłość może być urzeczywistniona jedynie wtedy, kiedy jej punktem wyjścia jest intymne spotkanie z Bogiem(…) Jego przyjaciel jest moim przyjacielem(…) Miłość Boga i miłość bliźniego są nierozłączne: są jednym przykazaniem.”
Więc nasza miłość, którą kierujemy do Boga, a zakładam że taką mamy, musi przelewać się również w naszym codziennym życiu na spotkane osoby. Kiedy kochalibyśmy Boga a nienawidzilibyśmy bliźniego, to nasza postawa byłaby czystym faryzeizmem. Świadczyłoby to o tym, że jesteśmy wewnętrznie rozbici i fałszywi, że mamy maskę, którą zakładamy w zależności od tego do kogo naszą miłość kierujemy.
Miłość bliźnich, również nieprzyjaciół, która była w pierwotnym Kościele – u początków chrześcijaństwa, sprawiała że wiele osób dołączało się do tej wspólnoty wyznawców Chrystusa. Mówili: „ Popatrzcie jak oni się miłują!” Jakże bardzo potrzeba takiej postawy dzisiaj! Jakże potrzeba żywych świadków Miłości, którą jest Bóg. Chiara Lubich, założycielka Ruchu Focolare do którego przynależę, książce Klucz do jedności napisała: „Ta miłość do braci, którą Chrystus nakazuje(…) jest pewnym stanem, który chrześcijanin powinien osiągnąć i w którym powinien trwać; stanem w którym osiąga on najpełniej swoją doskonałość”.
Do napisania tej refleksji skłoniły mnie słowa, które usłyszałem od mojego, no właśnie – kolegi, znajomego, czy przyjaciela? – nie wiem co wybrać, więc powiem bliźniego. Powiedział mi: „Znamy się krótko, ale trochę przeszliśmy razem”. Ktoś powie, gdzie tu jest poruszony temat miłości bliźniego. Owszem nigdzie. Ale z drugiej strony to, że idziemy razem, że rozmawiamy, że pomagamy sobie to już jest przejaw miłości braterskiej. Życzę każdemu by miał taką osobę, z którą może o wszystkim porozmawiać. To coś pięknego! I nie zapominajmy też o naszym największym Przyjacielu – Jezusie Chrystusie, Który widzi nasz każdy krok, Który zna życia mrok.
Obecnie słowo „miłość” zostało bardzo wypaczone, ale czy to znaczy, że nie mam tego słowa używać? Nie! Czy to, że tęcza została uznana przez pewną mniejszość za swój znak, sprawiło, że straciła ona znaczenie religijne, jako symbol Przymierza? Nie! A czy to, że Krzyż jest obecnie profanowany, wyrzucany i znienawidzony zmieniło coś w tym, że jest to Znak Zbawienia, Znak Miłości, Znak Boga? Nie! Więc nie boję się powiedzieć, że zależy mi nie tylko na miłości Boga, lecz także na miłości bliźniego.
Wczoraj w Ewangelii Janowej przeczytałem słowa Jezusa : „ abyście się wzajemnie miłowali”. Nie jest to sprawa łatwa. Bo czasami ten bliźni był dla nas niemiły, czasami nas skrzywdził, czasami mocno zranił. Zadajemy sobie wówczas pytanie: „Jak ja mogę go kochać?” Doskonałą odpowiedź możemy znaleźć w Encyklice Deus Caritas Est Benedykta XVI. Papież w numerze 18 pisze: „ Miłość bliźniego polega właśnie na tym, że kocham w Bogu i z Bogiem również innego człowieka, którego w danym momencie może nawet nie znam lub do którego nie czuję sympatii. Taka miłość może być urzeczywistniona jedynie wtedy, kiedy jej punktem wyjścia jest intymne spotkanie z Bogiem(…) Jego przyjaciel jest moim przyjacielem(…) Miłość Boga i miłość bliźniego są nierozłączne: są jednym przykazaniem.”
Więc nasza miłość, którą kierujemy do Boga, a zakładam że taką mamy, musi przelewać się również w naszym codziennym życiu na spotkane osoby. Kiedy kochalibyśmy Boga a nienawidzilibyśmy bliźniego, to nasza postawa byłaby czystym faryzeizmem. Świadczyłoby to o tym, że jesteśmy wewnętrznie rozbici i fałszywi, że mamy maskę, którą zakładamy w zależności od tego do kogo naszą miłość kierujemy.
Miłość bliźnich, również nieprzyjaciół, która była w pierwotnym Kościele – u początków chrześcijaństwa, sprawiała że wiele osób dołączało się do tej wspólnoty wyznawców Chrystusa. Mówili: „ Popatrzcie jak oni się miłują!” Jakże bardzo potrzeba takiej postawy dzisiaj! Jakże potrzeba żywych świadków Miłości, którą jest Bóg. Chiara Lubich, założycielka Ruchu Focolare do którego przynależę, książce Klucz do jedności napisała: „Ta miłość do braci, którą Chrystus nakazuje(…) jest pewnym stanem, który chrześcijanin powinien osiągnąć i w którym powinien trwać; stanem w którym osiąga on najpełniej swoją doskonałość”.
Do napisania tej refleksji skłoniły mnie słowa, które usłyszałem od mojego, no właśnie – kolegi, znajomego, czy przyjaciela? – nie wiem co wybrać, więc powiem bliźniego. Powiedział mi: „Znamy się krótko, ale trochę przeszliśmy razem”. Ktoś powie, gdzie tu jest poruszony temat miłości bliźniego. Owszem nigdzie. Ale z drugiej strony to, że idziemy razem, że rozmawiamy, że pomagamy sobie to już jest przejaw miłości braterskiej. Życzę każdemu by miał taką osobę, z którą może o wszystkim porozmawiać. To coś pięknego! I nie zapominajmy też o naszym największym Przyjacielu – Jezusie Chrystusie, Który widzi nasz każdy krok, Który zna życia mrok.
czwartek, 4 marca 2010
Witam wszystkich ma moim blogu!
Mam na imię Marcin i obecnie studiuję na kierunku filozoficzno-teologicznym na jednej z dolnośląskich uczelni. Moje zainteresowania skupiają się wokół historii Kościoła i liturgiki. Lubię czytać książki o tematyce historyczno - kościelnej, jeśli można tak powiedzieć.
Odnośnie adresu bloga, to powiem, że lubię łacinę i uważam, że nie jest to martwy język. Bliskie jest mi opowiadanie - przypowieść o Synu Marnotrawnym. Stąd w adresie bloga zamieściłem łacińskie tłumaczenie "Syna Marnotrawnego". Sam dosyć często postepuję jak on, za każdym razem gdy grzeszę, gdy wybieram zło.
Na blogu w miarę możliwości będę zamieszczał bierzące przemyślenia na dany temat, będę pisał o tym, co "gra" w mojej duszy. Nie ośmielę się również poruszać spraw związanych z Kościołem Rzymskokatolickim i wiarą, której wyznawanie jest moją chlubą w Jezusie Chrystusie!
Każdego na moim blogu witam i każdego pozdrawiam.
Marcin
Odnośnie adresu bloga, to powiem, że lubię łacinę i uważam, że nie jest to martwy język. Bliskie jest mi opowiadanie - przypowieść o Synu Marnotrawnym. Stąd w adresie bloga zamieściłem łacińskie tłumaczenie "Syna Marnotrawnego". Sam dosyć często postepuję jak on, za każdym razem gdy grzeszę, gdy wybieram zło.
Na blogu w miarę możliwości będę zamieszczał bierzące przemyślenia na dany temat, będę pisał o tym, co "gra" w mojej duszy. Nie ośmielę się również poruszać spraw związanych z Kościołem Rzymskokatolickim i wiarą, której wyznawanie jest moją chlubą w Jezusie Chrystusie!
Każdego na moim blogu witam i każdego pozdrawiam.
Marcin
Subskrybuj:
Posty (Atom)
