
Dzisiaj wyjechaliśmy na parafie by dawać świadectwo o swoim powołaniu, by mówić o życiu w seminarium. Było to dla mnie wspaniałe doświadczenie. Muszę przyznać, że jakiejś większej tremy nie miałem z tego powodu, że miałem podzielić się dość osobistymi sprawami z innymi. Zastanawiałem się tylko, czy w ogóle ktoś tego słucha, czy jest tym zainteresowany?! I muszę przyznać, że miło się zaskoczyłem. Po Mszy Św. podszedł do mnie pewien starszy Pan i powiedział, mniej więcej coś takiego: "Dziękuje, że wspomniałeś tak miło swojego dziadka. Sam jestem dziadkiem i chcę jak najlepiej dla swojego wnuczka." Ta wypowiedz uświadomiła mi, że ludzie słuchają tego, co się do nich mówi, i że czasami wystarczą proste słowa a ludzie to wówczas najlepiej przyjmują. A oto treść, niecała;), mojego świadectwa"
Powołania są różne, bo jedni są przeznaczeni przez Pana Boga do życia rodzinnego, inni do życia w samotności, jedni do życia zakonnego a inni do kapłańskiego. A i ci, którzy kroczą ku Chrystusowemu Kapłaństwu różnią się drogami, którymi ich Pan prowadził. W moim życiu nie było wielkich nawróceń, gdyż zawsze byłem blisko Kościoła. Od dzieciństwa wzrastałem w środowisku religijnym, gdzie sprawy związane z wiarą były czymś ważnym i kształtującym życie naszej rodziny. Pierwsza myśl o kapłaństwie, a bardziej o byciu księdzem, pojawiła się, gdy byłem jeszcze dzieckiem. Wówczas, jako pięcioletni chłopiec, służyłem regularnie wraz z moim dziadkiem do Mszy świętej. Pamiętam, że zawsze podobał mi się ubiór księdza, a więc wszystkie szaty, jakie zakładał do sprawowania Eucharystii i gesty, które podczas Mszy wykonywał. Później to wszystko, na miarę swoich możliwości, ku uciesze rodziców i brata, odwzorowywałem w domu, udając, że odprawiam msze. Jednak myśl o byciu księdzem po pewnym czasie znikła.
Zaczął się czas nauki w szkole podstawowej a następnie w gimnazjum. W między czasie śpiewałem w scholii parafialnej a w roku 2000 zostałem ministrantem, 5 lat później lektorem. Czas spędzony w Liturgicznej Służbie Ołtarza był dla mnie wspaniałym doświadczeniem. Byłem dumny z tego, że mogę stać tak blisko ołtarza, że mogę bardziej zaangażować się w liturgię. Ministranci przed każdą Mszą Św. modlą się słowami: „Oto za chwilę przystąpię do Ołtarza Bożego, do Boga, który rozwesela młodość moją, do Świętej przystępuję służby”. I właśnie ta święta służba bardzo przybliżyła mnie i do Kościoła i do Pana Boga, pogłębiła moją wiarę, pobożność i duchowość.
Na poważnie o byciu księdzem zacząłem myśleć pod koniec gimnazjum. Do liceum szedłem już z myślą, by po maturze pójść do seminarium. I tak po skończeniu szkoły średniej i zdaniu matury skierowałem swoje kroki do Wyższego Seminarium Duchownego Diecezji N, gdzie na ręce ks. Bp NN, ówczesnego rektora seminarium, złożyłem potrzebne dokumenty. Po zdaniu egzaminu kwalifikacyjnego zostałem przyjęty w poczet alumnów.
W kształtowaniu mojego powołania bardzo dużą rolę odegrali moi najbliżsi, a w szczególności rodzice i dziadkowie. Oni nauczyli mnie modlić się, prowadzili do Kościoła, tłumaczyli podstawowe prawdy wiary, uczyli miłości i szacunku do drugiego człowieka. Duży wpływ na moje powołanie miał i ma również mój ks. Proboszcz, który jest dla mnie wzorem dobrego duszpasterza.
Wstępując do Seminarium zacząłem uczestniczyć w najpiękniejszych rekolekcjach mojego życia. Każdy dzień jest podobny do siebie, ale każdego dnia poznaję bliżej Boga. Każdego dnia przechodzę swoisty egzamin z miłości do Boga i do drugiego człowieka. A muszę przyznać, że w seminarium nie przebywają same „anioły” i naprawdę czasami jest napięta atmosfera, pomiędzy nami –alumnami. Ale wówczas staramy się jak najszybciej dostrzec to, co nas łączy, idziemy do kaplicy i modlimy się, staramy się zobaczyć w tej drugiej osobie Jezusa. Bliskie mi są słowa Ojca Świętego Benedykta XVI, który w Rzymie do alumnów powiedział: „To dobrze, jeśli uświadamiamy sobie swą słabość, ponieważ wówczas wiemy, że potrzebujemy łaski Bożej. Musimy uznać, że potrzebujemy ciągłego nawracania się, że nigdy nie możemy powiedzieć : oto dotarliśmy do celu”. Wiem, że bez łaski Bożej nic w życiu dobrego nie osiągnę. KONIEC:)
Muszę przyznać, że ten pobyt na parafii bardzo mnie podbudował. Żywy kontakt z ludźmi jest w takiej formacji bardzo potrzebny i aż szkoda, że tak rzadko możliwy jest taki wyjazd. Ale potrzebne są takie spotkania również ludziom, żyjącym a parafiach. Bo oczywista sprawa dla mnie nie musi być oczywistością dla nich, np. to że kleryk wcale nie śpi w trumnie:D Poznałem też wspaniałego księdza, bardzo radosnego, prostego a zarazem wewnętrznie bogatego, o ogromnej życzliwości.
W drodze powrotnej zadzwonił do mnie jeszcze mój Brat, nie rodzony, ale Brat w wierze i jak zwykle dodatkowo mnie podbudował. W sumie takich braci w wierze każdemu polecam, bo kurcze naprawdę można się wewnętrznie jakoś uradować od nich. Ale to znak, że Pan Bóg nad nami czuwa.
Po dzisiejszym dniu chce mi się śpiewać: Jezus o poranku Jezus i w południe Jezus , gdy zapada zmrok. Kochaj Go. Wielbij Go!!!!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz